DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST

Muzyka

niedziela, 28 lutego 2016

Best Friend Ever... cz.4



Moje życie w momencie ucieczki wkroczyło na nową, nieznaną do końca drogę. Wszystkie popełnione kiedyś przeze mnie błędy, mogły pójść w niepamięć. Mogły, lecz nie byłbym sobą, gdybym się nimi nie przejmował. Zrobić coś, a potem tego żałować. Tylko właściwie czemu mam żałować? Na to pytanie, mój mózg nie chce odpowiedzieć, a szkoda. Dzięki tej jakże cennej informacji, nie musiałbym zaprzątać sobie głowy takimi błahostkami, ale no cóż... widocznie tak to już musi być i nic tego nie zmieni. A gdyby była taka możliwość? Zmienić swoją naturę, by poczuć się lepiej? Czy byłbym do tego zdolny? Przyszłość pokaże...
           
***

            Dom dziecka… bezpieczeństwo i… spokój. Napisałem te słowa za pomocą ołówka na kartce papieru, którą otrzymałem. Była już noc, wszyscy spali, Jakub też. A ja? Dobre pytanie. Siedziałem na łóżku oparty o ścianę, pisząc wszystkie przypadkowe słowa, jakie wpadły mi do głowy. Nie wiedziałem czemu, po prostu musiałem. To nie było dziwne jak dla mnie. Jako mały chłopiec i tak byłem wystarczająco nienormalny. Przecież jakie normalne dziecko ucieka z domu i pisze pożegnalny list do swojej rodziny? Rodzina… kolejne słowo, które znalazło się na mojej kartce. Jako typ marzyciela, już w myślach wyobrażałem sobie szczęśliwą parę ludzi, obok których biega chłopczyk. Plącze się między ich nogami, ale oni nie krzyczą. Na twarzy dziecka nie ma smutku, jest radość. Wie, że rodzice go kochają i nigdy go nie skrzywdzą. Nie sprawią, że jednego dnia będzie ono w stanie ich tak mocno znienawidzić jak niegdyś kochać. Tak, to jest moje marzenie. Pomiędzy moim łóżkiem a posłaniem Jakuba było okno. Spojrzałem przez nie na księżyc, który oświetlał wszystko swym srebrnym blaskiem. Tyle światła wystarczyło mi do pisania o nocnej porze, nie używając przy tym lampki. Wokół niego świeciły jasne gwiazdy, które dodawały uroku tej jakże wyjątkowej nocy. Taki obraz uwielbiałem od zawsze. Dlaczego? Gdy widzisz nieskończoną ciemność przed sobą, uświadamiasz sobie wtedy, że jesteś tylko małym ziarenkiem dla świata. Twoje życie to nic nieznacząca cząstka wielkiego stworzenia. I właśnie to, fascynowało mnie w nocnym pejzażu. Niespodziewanie z rozmyślania wyrwał mnie głos chłopca z łóżka obok.
- Matt, czemu nie śpisz? - Spytał Jakub, przecierając zaspane oczy.
- Nie mogę... - Odpowiedziałem, kierując wzrok na ośmiolatka.
- Aha... - Chwilę myślał co powiedzieć, a ja w tym czasie ponownie zająłem się pisaniem słów na papierze.
- Mogę cię o coś spytać?
- Jasne. - Odparłem, na co chłopiec usiadł na łóżku, krzyżując nogi. Wpatrywał się we mnie swoimi błękitnymi ślepiami jak w obrazek. W końcu zadał dręczące go pytanie, które po wyjściu z jego ust, dało mu ulgę.
- Jak to jest mieć rodziców? - Spojrzałem na niego nijakim wzrokiem, nie wiedząc co powiedzieć. To było proste pytanie, ale niestety nie dla mnie. Wiedziałem, że pewnie chciałby usłyszeć opowieść o cudownych rodzicach i w ogóle, lecz nawet takiej bajki nie umiałem wymyślić. Co robić?
- No... - Zacząłem niepewnie. Wziąłem oddech i otwarłem usta, z których nie raczył ulecieć żaden dźwięk.
- Jak nie chcesz...
- Chcę - Przerwałem mu w połowie zdania. Nie chcę przecież, żeby był przeze mnie smutny. Zresztą ja nie chcę, żeby ktokolwiek przeze mnie cierpiał, chyba że na to zasługuje, to wtedy okej. Cóż... pozostało mi teraz tylko sięgnąć pamięcią w całe dzieciństwo i mu opowiedzieć.
- To było tak... - Zacząłem ponownie opowiadać, ale tym razem zamierzałem to skończyć. Odłożyłem to, co miałem w rękach na drewniany stolik koło swojego łóżka i mówiłem dalej, aż do momentu, kiedy coś postanowiło znowu pęknąć i rozwalić się na milion kawałków. Wiedziałem, że jak na jeden dzień, ucieczka była dużym wyczynem, a co dopiero dzielenie się jeszcze swoją historią ze wszystkimi, obcymi osobami. Czemu siebie nie posłuchałem? Teraz mam za swoje. Zamknąłem szybko oczy, czując balansujące łzy pod powiekami. Napiąłem wszystkie mięśnie, chciałem już, żeby to się skończyło. Dwa razy w ciągu dnia, to mimo wszystko był mój rekord.
- Przykro mi... - Odparł chłopiec, kładąc swoją rękę na moim ramieniu. Nie wiedziałem nawet, kiedy się znalazł obok mnie. Szybko opadająca klatka piersiowa zaczęła zwalniać swoje tempo, a mięśnie rozluźniały się coraz bardziej. Udało się, przetrwałem.
- Znajdziesz lepszych rodziców, na pewno. - Odparł, uśmiechając się delikatnie. Wciąż dochodząc do siebie, nie byłem w stanie na to odpowiedzieć. Odczekałem parę sekund, zamykając na ten czas oczy. Po ich otwarciu, ujrzałem smutnego chłopca. Patrzył wciąż na mnie w nadziei, że mi pomógł.
- Ale ty lepszych. - Odpowiedziałem, uśmiechając się lekko, bo tylko na zrobienie tego, miałem siły. Mały szatyn nie uwierzył chyba w to, co usłyszał i po chwili zastanowienia odparł zachrypniętym głosem:
- Ty chyba żartujesz. - Pokręciłem delikatnie głową. Chłopiec otworzył usta w niedowierzaniu. Trochę nie rozumiałem, co może być dziwnego w tym, że życzy się komuś lepszych rodziców od siebie. No cóż... nie muszę wszystkiego rozumieć.
- Matt... - Po minutowej ciszy, szatyn zabrał głos.
- Nawet nie wiesz jak dobrze, że cię poznałem. Ale i tak to ty zasługujesz na najlepszych rodziców. - Moje kąciki ust samowolnie się podniosły, słysząc słowa wypowiedziane przez prawie nieznanego mi kolegę. Znałem go zaledwie od paru godzin... to przecież nie jest za wiele czasu, a jednak może jest?!
- Dobra, chodźmy spać. - Dodał, podczas gdy ja, nie umiałem się otrząść po dawce dość dziwnych wrażeń.
- Dzięki... dobranoc. - Po chwili odpowiedziałem. Chłopiec uśmiechnął się i poszedł dalej spać. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na niebo za oknem, przypominając sobie o wczorajszym śnie. Co, jeśli to on jest zaginionym duchem? Jeśli to właśnie dzięki niemu, choć na chwilę zapomniałem o bólu? Miałem taką nadzieję, że go odnalazłem.

***

Następnego dnia, obudził mnie głos jednej z wychowawczyń domu dziecka.
- Matt wstajemy. Dzisiaj masz ważny dzień.
Ważny dzień? Co to ma znaczyć?!
- Przebierz się szybciutko i chodź na śniadanie. Potem omówimy resztę.
Podniosłem się z łóżka i pierwsze co zrobiłem to się przebrałem. Byłem trochę zdezorientowany, w końcu taka wiadomość już z samego rana? Poszedłem do jadalni, gdzie czekało na mnie śniadanie. Tylko dla mnie. Wszyscy już dawno powstawali z łóżek i zjedli posiłek, a w tej chwili mieli czas wolny. Zjadłem parę kanapek, które były na moim talerzu i odniosłem go do zlewu. Przyszedłem do holu, który był zarazem miejscem, gdzie siedziały w wolnym czasie pracownice tejże placówki.
- O już jesteś. - Uśmiechnęła się na mój widok kobieta, która wczorajszego wieczoru wyszła po mnie przed dom. 
- Usiądź tutaj. Musimy niestety porozmawiać o paru sprawach, o których pewnie łatwo ci mówić nie będzie... - Zrobiłem to, co kazała. Zasiadłem na fotelu naprzeciwko niej i słuchałem z uwagą tego, co mówi.

***

Rozmowa trwała dobry kwadrans, jak nie więcej czasu. Pani pytała o wszystko, co było jej potrzebne. Zapisywała najważniejsze informacje na kartce, podczas gdy ja, najzwyczajniej w świecie opowiadałem jej swoją historię. Bez stresu, bez strachu... zupełnie jakby rodzina stała się dla mnie czymś obojętnym. Na końcu rozmowy otrzymałem informację, że zadzwonią do rodziców jak i na policję. Trochę grubsza akcja się z tego wytworzyła. Zresztą to było niezamierzone. Chciałem tylko uciec z koszmaru, nic więcej. 

***

Po około godzinie, zawitała do naszego domu dziecka, policja. A właściwie para policjantów. Zostałem poproszony o przyjście do nich, w celu zapoznania się z dalszym moim losem.
- Dzień dobry... - przywitałem się cicho. Nie wiem czy mnie usłyszeli. Strach objął mnie w uścisk i nie chciał puścić. Sprawiał, że zaczynałem opadać z sił i ledwo stałem.
- Cześć Matt, ja jestem pani Kasia, a to jest pan Jacek. Słyszeliśmy, że uciekłeś z domu... - Kiwnąłem niepewnie głową.
- Pewnie się nas boisz, ale uwierz, nie chcemy ci zrobić krzywdy. Możesz usiądziemy? - Policjantka usiadła na fotelu bliżej drzwi wejściowych, a ja na tym dalszym. Policjant, który z nią przyszedł stał obok niej z notatnikiem i długopisem w rękach. Wychowawczyni, która widziała całe wczorajsze zdarzenie, towarzyszyła mi cały czas.
- Mam tutaj pewnego rodzaju zeznania, które przed chwilą spisaliśmy. - Wtrąciła się pracownica domu, podczas gdy policjantka otworzyła już usta, by zapewne zadać pytanie o to, co się wczoraj wydarzyło.
- Ach... dziękuję. - Odparła kobieta, biorąc do ręki kartkę. Przeczytała tekst uważnie. Spojrzała na mnie współczującym wzrokiem, ale mimo wszystko trochę podejrzliwym.
- To prawda? - Kiwnąłem delikatnie głową, nie spuszczając spojrzenia z policjantki. Westchnęła, po czym popatrzyła na swojego kolegę i wręczyła mu papier. Czytając moje zeznania, nie dał po sobie poznać, że to go chociaż trochę porusza. Zachował kamienną twarz do końca. Odłożył kartkę na stół i popatrzył w kierunku partnerki.
- Khm... Bito cię?
- Czasem.
- A kiedy ostatni raz?
- Wtedy, kiedy się postawiłem.
- Hm... to pewnie było dawno i znaków nie ma. Ale zrobimy to tak. Postaramy się zrobić co w naszej mocy, żeby odebrać twoim rodzicom prawa rodzicielskie. Wtedy po pomyślnym przebiegu rozprawy, zamieszkasz tutaj na stałe. A dziś... - Kobieta musiała się chwilę zastanowić nad dokończeniem zdania. - Zostaniesz tutaj. Bierzemy to na siebie. A teraz musimy szybko zgłosić tą sprawę na posterunek. Dziękujemy za rozmowę i do widzenia.
Policjanci pożegnali się i wyszli. Czyżby to oznaczało, że mam po swojej stronie parę osób, które postarają się o to, żebym już nie wrócił do swojego domu? A raczej koszmaru, bo to nie był normalny dom.
- Udało się. - Wychowawczyni uśmiechnęła się radośnie, co udzieliło się również mi.
- Wracaj teraz do reszty Matt. Spokojnie możesz się bawić. Już tam nie wrócisz. - Zapewniła, biorąc mnie za rękę i zaprowadziwszy mnie do salonu, poszła otworzyć drzwi. Nie może być minuty spokoju?
- Matt! - Usłyszałem głos Jakuba. Spojrzałem nie niego, gdy ten właśnie stanął przede mną.
- Czemu policjanci do ciebie przyszli?
- Uciekłem z domu. To dlatego.
- Aha... okej. A kim są ci ludzie? - Spytał, wskazując na osoby za mną. Odwróciłem się. Nie był to widok, jaki chciałem w tej chwili ujrzeć.


                                                  
Część wyszła późno dosyć, za co przepraszam. Mam nadzieję, że się podoba, mimo że nie ma tu praktycznie ciekawej akcji. Niedługo się rozkręci! 
I teraz mam dla was informację. Pewnie niektórzy mnie za to zaraz uduszą czy coś podobnego zrobią - nie mam nic przeciwko, bo zasłużę sobie. Nie dość, że trzeci raz zaczynam pisać to opowiadanie, to jeszcze to. O co chodzi? Otóż ponownie części będą wstawiane na blogu Klik. Czym to jest spowodowane? Pisząc tam, ktoś chociaż komentował moje wysiłki. Tutaj, jakoś nikt tego nie robi. Naprawdę nie ma się czego bać. :) Z boku stworzyłem ankietę dot. wstawiania części. Mam nadzieję, że weźmiecie w niej udział...
(Ankieta ma na celu tylko i wyłącznie pomóc mi w wyborze. Druga opcja (tu i tam) polega na tym, że tu będę wstawiał kawałki części z odnośnik do właściwego bloga - najczęściej początki - abyście wiedzieli, że wyszła nowa część.) Możecie też wchodzić tutaj Klik, gdzie w odnośnikach będą linki do nowych części, także warto obserwować ten post.
To co napisałem wyżej, nie oznacza mojego odejścia stąd, pamiętajcie! Jeśli czas pozwoli i zobaczę poprawę w komentowaniu, to zacznę od nowa (taka ci nowość :P) wstawiać części Always Be Together, które przejdzie parę poprawek i odświeżone zawita na blogu.
P.S. Jak myślicie, kim są ci ludzie, o których mowa na końcu? :)
Zachęcam do komentowania i polecania bloga innym! Do napisania! :) /Liam

piątek, 26 lutego 2016

"Grade 8" Prolog + Spis treści

"Prolog"

         Poprzedni, pierwszy rok w college’u, był potworny. Pomimo, że dobrze się uczyłem i bez problemów zdałem, nie byłem nigdy zbyt towarzyski i trzymałem się na uboczu, więc mało kto mnie lubił. W tej szkole, było trochę inaczej niż w poprzednich, nareszcie czułem, że uczę się czegoś nowego. Tego dnia, zaczynał się nowy rok szkolny. Leżałem w łóżku, czując chłód ogarniający moje ciało. Nie było to spowodowane tym, że spałem bez koszulki, czy otwartym przez całą noc oknem, a tym, że byłem świadomy dzisiejszego powrotu do szkoły. Gdy wreszcie usłyszałem dźwięk budzika, dostałem gęsiej skórki. Wyłączyłem go szybko i usiadłem na łóżku, będąc nie do końca przytomnym. Nie spałem, prawie całą noc, stresując się dzisiejszym dniem. Wiedziałem, że nic nie zmienię, że ten dzień, prędzej, czy później nadejdzie, ale mimo to bardzo się denerwowałem. Nie bałem się nauki, to akurat lubiłem, tak jak nauczycieli. Myślę, że najbardziej bałem się wszystkich tych ludzi, ich spojrzeń i tłoków na korytarzach podczas przerwy. Przetarłem zaspaną i zmęczoną twarz dłonią i sięgnąłem po koszulkę, leżącą na moim krześle, przy biurku. Założyłem ją, później spodnie i zszedłem na dół, gdzie czekała na mnie mama z gotowymi toastami.
-Jesteś gotowy? – zapytała
-Psychicznie, czy do wyjścia? – odpowiedziałem pytaniem, na pytanie
-Do wyjścia – wiedziała, że lepiej nie zaczynać tego tematu
Kiedyś miałem lekkie problemy z depresją. Kilka nieprzyjemnych incydentów, wizyt u psychologa i… W sumie, dalej miewam dni, w które pogarsza się mój stan. Dostałem dezypraminę, protryptylinę i klomipraminę, czyli zestaw leków psychotropowych, na te „gorsze dni”. Miałem łykać po jednej tabletce codziennie. Na śniadanie dezypraminę, na obiad protryptylinę i na kolację klomipraminę. Te jednak, nie działają, więc nie biorę ich, mówiąc mamie, że biorę. Stany lękowe, ból barków i zaburzenia snu, nie minęły po kilku miesiącach brania tych „leków”, więc zwątpiłem, czy cokolwiek mi kiedykolwiek pomoże. Postanowiłem to zaakceptować i staram się to samodzielnie kontrolować. W wakacje nie było najgorzej, jednak im bliżej szkoły, tym bardziej mój stan się pogarszał. Zacząłem miewać coraz płytsze sny, głośniejszy samochód przejeżdżający na ulicy potrafił mnie wybudzić z, jak mi się wydawało, mocnego snu. Wczoraj, słuchając jednego z moich ulubionych winyli, zacząłem płakać. I to nie tak, że piosenka była smutna, po prostu poczułem potrzebę oczyszczenia mojej głowy z bólu, a łzy oczyszczają ją najlepiej.
-Za chwilę będę gotowy – powiedziałem, biorąc kolejnego kęsa chrupiącego tosta
Mama wydawała się być zmęczona. Wiedziałem, że jestem jej ciężarem. Zawsze byłem bardzo zamknięty w sobie i to chyba to, najbardziej przyczyniło się do pogłębienia mojej depresji. Martwiła się o mnie, tak, jak martwiłaby się każda matka, której dziecko przechodzi przez to, co ja. W pewnym sensie, byłem świadomy tego, że jest w moim stanie trochę mojej winy, ponieważ, gdybym chciał, mógłbym znaleźć sobie kogoś, kto pomógłby mi wyjść z cienia, lecz ona, starała się zwalać wszystko na chorobę. Nie byłem nawet pewien, czy naprawdę mam depresję. Lekarz stwierdził to, dwa lata temu, gdy próbowałem się pociąć. Podkreślam, próbowałem. Tak naprawdę, nie chciałem tego zrobić, tylko się nad tym zastanawiałem, trzymając cienką żyletkę w dłoni. Wiem, że moje problemy nie zniknęłyby, narobiłbym tylko problemów mojej mamie. Gdy tak stałem w łazience, nad zlewem z żyletką, z podwiniętymi rękawami koszuli, weszła do niej moja starsza siostra. Po tym incydencie, od razu udaliśmy się do tego psychologa, konowała. I tak oto, jestem tutaj. Siedzę przy stolę z duchem mojej matki. Boję się, że to wszystko, o czym się dowiedziała u psychologa, o moich stanach, bólach, lękach i tym wszystkim, zniszczyło ją. Było jej tak przykro, że siedziała teraz wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę, popijając kawę z kubka z myszką Mickey. Nie chciałem być dla niej ciężarem. Gdy tak siedziałem, patrząc jak siedzi naprzeciwko mnie nieobecna, przysiągłem sobie, że żeby nie wiem co, wyjdę z mojego cienia. Znajdę przyjaciół, będę miał życie towarzyskie i doprowadzę do tego, że moja matka, nie tyle, że nie będzie się o mnie martwić, co znowu zaufa mi na tyle, by pozwolić mi odstawić tabletki, których i tak nie brałem.

-----------------------------------------------------------
Witam Was prologiem do nowej historii!!! Yey! Jak zawsze, części będą pojawiać się regularnie, tyle, że w piątki o godzinie 20:00. Jeśli będzie inaczej, będziecie o tym informowani. Mam nadzieję, że ta historia Wam się spodoba. Proszę o komentarze, bardzo mi na nich zależy. Pozdrawiam, miło tu wrócić./Bart

Spis treści:

sobota, 13 lutego 2016

Best Friend Ever... cz.3



Przeczytałem list do rodziców własnego autorstwa, stwierdzając na końcu, iż wyszło tak jak zamierzałem, więc wszystko jest gotowe, można uciekać. Wziąłem głęboki oddech, obmyślając dokładniej plan ucieczki. Pora była jeszcze wczesna, więc lepiej było poczekać do wieczora. To ustaliłem na wstępie, później dochodząc do wniosku, że resztą będzie spontaniczne działanie.


***

            Ciemność powoli ogarniała miasto, walcząc z ostatkami światłości na niebie. Ich działanie było doskonałym odzwierciedleniem tego, co działo się w sercu chłopca. Ekscytacja biła się zaciekle ze strachem, ale ich bitwa pozostała nierozstrzygnięta. Gdy wskazówki zegara pokazały godzinę dwudziestą, zaczęło się to, co miało być końcem piekła, a początkiem normalnego życia.
- Pozmywaj te naczynia. Masz parę…
Rozkazał mu ojciec, nie podejrzewając zupełnie nic. Chłopiec trzymał nerwy na wodzy. Teraz najchętniej by odmówił lub powiedział parę słów za dużo, ale dziś tego nie zrobił. Kiedy ojciec siedział już w swoim salonie z piwem w ręku, oglądając jakże ciekawą porcję kolejnych wiadomości ze świata, dziecko wzięło się grzecznie do pracy. Nalało gorącą wodę do zlewu, dodając do niej rumiankowego płynu. Kilka jego kropel znalazło się na zielonej gąbce i już po chwili wszystko było gotowe. Chłopiec nie zanurzył rąk w wodzie, wiedział co ma robić. Nie było to usługiwanie ojcu, za które nigdy prostego dziękuję nie otrzymał. Nie, to nie to.
- Idę po nowy płyn, bo ten się skończył…
Odparł chłopiec, podchodząc do progu salonu, znajdującego się parę kroków od kuchni. Ojciec nawet go nie zauważył, był za bardzo wpatrzony w telewizję. W rzeczywistości płynu w butelce było jeszcze sporo, lecz miał być to prosty pretekst do odejścia na bezpieczną odległość i przejścia do następnej części spontanicznego planu. Poszedł więc w stronę łazienki, lecz skręcił w odpowiednim momencie do swojego pokoju. Stamtąd wziął plecak, kładąc wcześniej na biurku list, który napisał z rana. Następnie ruszył do przedpokoju, gdzie po cichu założył na nogi znoszone trampki i ostrożnie wymknął się z domu.

***

Będąc już na zewnątrz, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było zaczerpnięcie świeżego powietrza, które dziś miało w sobie nutę niezwykłości. Czuło się w nim delikatność, brak jakichkolwiek negatywnych emocji i co najważniejsze… smakowało wolnością. We moim wnętrzu natomiast zagościła radość. Utracona dawno temu, dziś jednak na nowo powróciła. Do mnie, tego małego, bezbronnego człowieczka na zaludnionej planecie, który szuka na niej swojego miejsca. Kim jestem? Złapałem się za kieszenie, ale nigdzie nie znalazłem legitymacji szkolnej. Może bez niej też mnie przyjmą? Uświadomiłem sobie, że nie mam czasu na rozmyślenia, choć trzeba przyznać, że uwielbiam to robić. Ruszyłem biegiem przed siebie, byle zniknąć z pola widzenia ojca, który z okna nie mógłby za daleko wyjrzeć. Dwie ulice dalej przeszedłem do chodu. Stojąc na światłach, wyciągnąłem telefon z kieszeni. Nie było żadnych nieodebranych połączeń ani smsów. Mogłem odetchnąć z ulgą, będąc już ładnych paręset metrów od starego domu. Wyłączyłem sprzęt i schowałem go ponownie do kieszeni. Nie chciałem więcej się martwić tym, że ktoś będzie dzwonił do mnie i pytał gdzie jestem. Chciałem zerwać z nimi jakikolwiek kontakt raz na zawsze. Gdy zaświeciło się zielone światło, ruszyłem ostrożnie, zwracając szczególną uwagę na samochody, zatrzymujące się przed pasami. Szedłem spokojnie, przemierzając kolejne ulice miasta i rozkoszując się pięknym jego widokiem nocą. W końcu tereny, które znałem były za mną. Teraz rozpoczęło się szukanie celu na mapach lub… pytanie ludzi o drogę. Druga opcja raczej nie wchodziła w grę, chociaż niedługo potem była jedyną możliwą. Jak zawsze bałem się podejść do kogokolwiek, tak w tym dniu przełamałem się i z niesamowitą łatwością pytałem każdą osobę o drogę. Było już blisko. Ostatnie trzy ulice, a po nich miał ukazać się mój dom. Miał, lecz to, przed czym stanąłem w jednej chwili rozwiało moje myśli z nim związane. Miejsce oddalone od centrum miasta o jakieś może parę kilometrów…
- Powinno być zadbane, prawda?
Pytałem siebie w duchu, czekając na pozytywną odpowiedź. Droga przede mną była słabo oświetlona, swoim zapachem odstraszała od samego początku. Budynki stojące na niej definitywnie powinny pójść do remontu, a przechodnie… raczej ich brak przerażał mnie jeszcze bardziej. Zacisnąłem mocno usta, zamknąłem oczy, zatkałem nos, a to wszystko, by wykonać jeden, maleńki krok na przód, który kosztował więcej sił niż cała podróż. Rozluźniłem ciało, zbierając energię na następny ruch. Patrzyłem przed siebie, próbując odnaleźć światło, które byłoby punktem zaczepienia. Udało się. Całkiem niedaleko, widać było krótkie jego przebłyski. Otoczenie w ani jednym procencie nie wyglądało miło, więc postanowiłem przebiec przez koszmarną drogę, nie zwracając uwagi na nic. Co ma się stać, to się stanie. Nogi ruszyły, a za nimi reszta ciała. Światło było już blisko, tak już tutaj. Wyłoniłem się z ciemnej ulicy niczym straszny potwór z bajki. Byłem z siebie dumny, że samodzielnie pokonałem strach. Prosta, zakręt i ostatnie parę metrów, tyle mi zostało drogi. Pokonałem ją szybko, chcąc znaleźć się w środku domu, aby odpocząć. Moim oczom ukazał się żółty dom, niby niczym się nieróżniący od pozostałych, ale jednak. Ten dawał nadzieję na znalezienie kochającej rodziny. Na samą myśl o niej, poczułem lekkie ukłucie w sercu. Wiąże mnie z nimi coś więcej niż krew? Stanąłem przed czarną, zdobioną bramą, obok której był domofon. Przed paroma sekundami zrobiłbym to natychmiast, nacisnąłbym guzik i opowiedział swoją historię. Czemu tego nie zrobię? Cała moja pewność siebie uleciała. W głowie pojawił się chaos. Wiele wspomnień z dzieciństwa od tak wróciło, sprawiając że przez chwilę nie byłem obecny w rzeczywistości. Dlaczego mój mózg to robi? Chciałem tylko raz na zawsze zapomnieć… o tym… o nich. Nie wiedziałem nawet kiedy, z moich oczu zaczęły wypływać słone krople. Marzyłem już tylko o jednym. Sen, tego mi trzeba. Nie miałem sił na walkę z przeszłością, która ciągle próbowała przejść do teraźniejszości. Przetarłem zmęczone oczy i drżącą ręką nacisnąłem przycisk domofonu. Nie byłem do końca świadomy tego, co robię, ale potrzeba odpoczynku popchnęła mnie ku temu bez mojej zgody. Ze słuchawki wydobył się kobiecy głos.
- Halo?
Cisza. Odpowiedzi u mnie można było szukać na marne. Ciało zostało sparaliżowane przez strach. Nie umiałem wydać z siebie żadnego dźwięku.
- Ktoś tam jest? – Zapytała pani. Chciałem odpowiedzieć. Naprawdę…
- Je… - Wyjąkałem, będąc w szoku, że cokolwiek wyszło z moich ust.
- Zaczekaj.
Nie miałem najmniejszego zamiaru się stąd ruszać. Zaraz, zaraz… czyżby ta pani miała jakiś specjalnie wyczulony słuch? Przecież nie wyszłaby tylko przez to, że usłyszała przerażone jęknięcie dziecka. Po chwili, drzwi domu się otworzyły, a z nich wyszła młoda kobieta. Podeszła do furtki, przed którą stałem.
- Hej, zgubiłeś się?
Zamiast jej odpowiedzieć, wpatrywałem się w nią jakbym zobaczył coś dziwnego. Mogłem tylko się domyślać, co sobie w tej chwili o mnie myślała. Stało przed nią takie nieporadne dziecko, z którym nie było żadnego kontaktu. Oderwane od rzeczywistości, jakby żyło we własnym świecie. Z każdą próbą spojrzenia mi w oczy, one uciekały w przeciwnym kierunku. Nie byłem w stanie wytrzymać jakiegokolwiek wzroku no sobie.
- Odpowiesz mi? Nic ci nie zrobię. – Zapewniła kobieta, otwierając furtkę. Po długim czasie wpatrywania się w nią, opuściłem głowę i zamknąłem powieki. Czułem, że znów zaczynam spadać. Tylko, że tym razem osoby, które za tym stały, były daleko. Niekontrolowanie zacisnąłem mocno dłonie w pięści, całe ciało się wyprężyło, usta stworzyły jedną linię, oddech przyspieszył, a z oczu zaczęły płynąć gorzkie łzy. Próbowałem je zatrzymać, tak jak resztę. Nie umiałem. Byłem za słaby. A to wszystko na oczach obcej osoby. Wspaniale! Gdybym znalazł miejsce w sobie, duma na pewno by je zajęła. Niespodziewanie poczułem, jak ktoś bierze moje ciało w uścisk, głowę przykładając do ramienia.
- Spokojnie. Uspokój się kochanie. – Głos kobiety zdawał się przerwać mój koszmar. Z każdą sekundą wszystko wracało do normalności. Otworzyłem powoli oczy, oglądając z bliska jej twarz. Przełknąłem ślinę i delikatnie spróbowałem się uwolnić z jej uścisku.
- Ja prze…
- Nic się nie stało. Chodź do środka.
Ruszyłem za panią, po drodze doprowadzając się do ładu. Przechodząc przez próg domu, czułem się niepewnie.
- Witamy naszego gościa. Jak ci na imię?
Zza ściany, oddzielającej przedpokój od pokoju zabaw, wyłoniła się starsza pani z uśmiechem na twarzy. Podeszła do mnie, wprowadzając w głąb holu.
- Mat…
- Dziękuję za informację. Powiedz mi jeszcze, co cię tu sprowadziło?
Odbyłem z pracownicą domu rozmowę o rzeczach podstawowych i tej najważniejszej, czyli dlaczego uciekłem. Bałem się tego, że będę musiał wracać do domu, ale tu natrafiłem na zaskoczenie. Młodsza pani, zaprowadziła mnie do pokoju, w którym miałem zamieszkać. Nie na jeden dzień, ale na dłużej. Zapewniła, że więcej do domu nie wrócę, a to wszystko przez to, co zobaczyła przed domem. To nie było normalne. Byłem tego w pełni świadomy. W pokoju przedstawiła mnie koledze, któremu na imię było Jakub. Byliśmy rówieśnikami, więc miałem nadzieję, że się z nim dogadam. Zbliżała się pora kolacji, wszyscy zebrali się w jadalni. Tam zostałem przedstawiony domownikom, po czym przeszliśmy do konsumpcji posiłków.



Dla wyjaśnienia - to na początku napisane kursywą to powtórka z poprzedniej części. Jest po to, żebyście wiedzieli gdzie jesteśmy z historią. A ogólnie, część trochę dłuższa, ale i niestety jej końcówka mi nie wyszła. Przyznaję się bez bicia, ale no cóż... trzeba przejść ten okres i już. Mam nadzieję, że następne wyjdą lepiej. ;) Proszę komentujcie... to motywuje! Wystarczy ":)". Jeśli pod tą częścią znajdzie się min. 2 komentarze, otrzymacie niespodziankę - "List do rodziców Matta"! Ale uwaga! Termin mija, kiedy wyjdzie część 5! Tak więc miejcie się na baczności i komentujcie! Do napisania! /Liam 

sobota, 6 lutego 2016

Best Friend Ever... cz.2



Czas jest lekarstwem, jeśli dobrze go wykorzystasz, jeśli nie, będzie trucizną, która Cię wkrótce zabije.

– Nie, nie chcę wracać. Proszę, tylko nie teraz! – We śnie dziecko krzyczało, w rzeczywistości jednak, spało spokojnie.
– Błagam… – Odparło cicho, krztusząc się łzami, które wypływały potokiem z jego oczu. Znalazło się za wielką, świecącą bramą. Upadło na kolana, błagając o ponowne wpuszczenie go do środka.
– Aniele! – Krzyknęło z całych sił, napełniając wcześniej powietrzem swoje niewielkie płuca do maksimum. Popatrzyło na drzwi, które ani drgnęły.
– Chciałem znać tylko twoje imię… – Szepnęło z żalem w głosie, czując, witającą jego serce, pustkę. Nie zamieszkała jednak w całym organie, lecz tylko w połowie. Dziecko ponownie załkało, nie wiedziało, co ma już począć. Czuło się bezradne i takie też było. Skazane na działanie czasu…
Czekająca w ukryciu zmora, wszystko słyszała i obserwowała z daleka. Nie chciała, by to dziecko płakało, a już na pewno nie przez nią. Chęci miała wielkie, lecz zabroniono jej podejmowania jakichkolwiek działań, dążących do spotkania się z chłopcem. Na to miał przyjść odpowiedni czas. Parę metrów za duchem była dźwignia, odsyłająca dusze, które zakończyły drogę, z powrotem do rzeczywistości. Zmora podeszła do niej i drżącą dłonią pociągnęła za rączkę, po czym usłyszała dźwięk pracującego mechanizmu. Chłopiec wrócił duszą na Ziemię, do swojego ciała. Duch zrobił to samo, bo nie był mieszkańcem tamtejszej krainy. On też miał prawdziwą, człowieczą postać, żyjącą na ziemskiej planecie.

*Oczami Matta*

Obudziłem się po niesamowitym śnie, który był niezwykle dziwny. Czułem jakby nieokreślona moc, dodała mi sił do życia. Na jeden, może dwa dni, ale dała. Wstałem z łóżka, cały czas rozmyślając o tym, co widziałem. Nie dawało mi spokoju to, że nie znałem imienia ducha, a już tym bardziej nie wiedziałem gdzie go szukać. Może istnieje tylko tam we śnie? Usiadłem na brzegu łóżka, wcześniej odkrywając się z kołdry. Zacząłem tego żałować, bo już po chwili czułem przeszywające zimno. Wstałem, czym prędzej ruszając do szafy, z której wyciągnąłem bluzkę, ciepły polar oraz czarne dresy i nowe skarpetki, które dostałem niedawno na gwiazdkę. Przebrałem się szybko, czując przyjemne ocieplenie na skórze. Otworzyłem białe drzwi pokoju, słysząc od razu głosy prezenterów wiadomości z telewizji w salonie. Zanim tam jednak doszedłem, ruszyłem na poranną toaletę. Przywitałem się z ojcem krótkim „cześć” i usiadłem parę metrów od niego na czerwonej pufie. Udawałem, że wiadomości, które leciały oczywiście od rana do wieczora, mnie interesują. Ruszyłem do kuchni, gdzie przygotowałem sobie płatki na śniadanie. Jedyna zupa, którą sam umiałem zrobić, ale czego można oczekiwać od zwykłego ośmiolatka? Usiadłem koło ojca i zacząłem jeść, rozkoszując się ich czekoladowym smakiem w ustach. Po chwili mama wróciła ze sklepu z torbami wypełnionymi zakupami po brzegi. Skończyłem konsumpcję posiłku i pomogłem jej je rozpakować. Wszystko w tym dniu przebiegało normalnie, jak przystało na zwykłą rodzinę. Było za pięknie. Wróciłem do swojego pokoju, włączając komputer. Nie minęła minuta od tego, a już usłyszałem pierwsze oskarżenia matki w stronę ojca. Słuchając jej wypowiedzi, byłem nawet za nią, bo słusznie stwierdziła, że nic w domu nie robi. Wróć, chciałem powiedzieć robi bardzo wiele. Naprawia co trzeba, ale żeby pomóc jakoś bardziej mamie to nie. Kto by się tym przejmował? On? Na pewno nie. Niestety późniejsze słowa rodzicielki, zmieniły całkowicie moje zdanie.
– Czemu ty przeciągasz naszego syna na swoją stronę? Już tamtym dzieciom zamieszałeś w głowie, a teraz jeszcze temu?
Przełknąłem ślinę, nie wierząc w to, co usłyszałem. Próbując być obojętnym dzieckiem, czyli być po stronie mamy i taty zarazem, ona jeszcze mówi, że ja jestem za tym tyranem? Przecież to nieprawda… nie, to na pewno nieprawda. Moje oczy zaczynały szczypać, obraz się zaczął zamazywać, a w głowie panował chaos. Dość! Czemu coraz częściej słyszę swoje imię w kłótniach?! Zamknąłem drzwi, po cichu, niezauważalnie, mimo że nawet miałem ochotę nimi trzasnąć. Oparłem się o nie, zamykając oczy i zsuwając się powoli na drewniane panele. Chciałem cudem zasnąć, nie słyszeć tych oszczerstw kierowanych do siebie nawzajem z ust rodziców. Schowałem głowę w kolanach, ściskając z całych sił złączone dłonie.
– To twoja wina, że on tak robi! Jest wrogo do mnie nastawiony! – Krzyknął ojciec.
Nie, nie tylko do ciebie. Do was wszystkich. Gdzie moje ukochane rodzeństwo? Ach, no tak… wyprowadzili się i mimo tych obiecanek, że coś zrobią z tą chorą atmosferą w domu, nie kiwnęli nawet palcem. Zresztą, na co mi oni, skoro tylko broniliby ojca, matkę uważając za chorą na głowę. Nieważne ile dla nich poświęciła, można ją odepchnąć na boczny tor bez wyrzutów sumienia. Brat i trzy siostry – znienawidzony przeze mnie kwartet. Oprócz zwykłych pytań o szkołę i zabaw na siłę, nic mnie z nimi nie łączy. Rozmyślając o całej rodzinie, nie zauważyłem nawet, że kłótnia się skończyła. Otarłem łzy i usiadłem przy komputerze, wyszukując w internecie domu dziecka w okolicy. Skoro matka nie chciała mnie tam oddać, mimo że o tym mówiła, że trafię do tego domu, to sam tam wyruszę. Nieważne, że tego samego dnia, dosłownie parę godzin wcześniej mówiła, że mnie kocha, nie… to zupełnie nieważne. Znalazłem ciekawy dom, jakąś godzinę może drogi stąd. Wyjąłem z szafy mały, granatowy plecak, którego do szkoły nie zabierałem ze względu na jego pojemność. Spakowałem parę resoraków, które były moimi ulubionymi zabawkami i bez nich byłoby mi trudno przeżyć. One stały się mi bliskimi przyjaciółmi w pewnym sensie. Znały wiele moich sekretów, wiedziały o mnie zdecydowanie więcej niż rodzina. Wpatrując się chwilowo w ulubiony samochodzik, zacząłem wspominać co nieco o wielu godzinach wspólnej zabawy z nim w roli głównej. Było… fajnie i dlatego go nie zostawię. Nigdy. Wkładając resorak do plecaka, wpadłem na pomysł. Głupi? Być może. Działałem pod wpływem impulsu, nieracjonalnego myślenia. Uruchomiłem ponownie komputer, wyciągnąłem z szuflady kartkę, znajdując gdzieś na biurku długopis do pary i przeszedłem do pracy. Na moje szczęście, otrzymałem z góry pewnego rodzaju talent, którym chyba okazała się zdolność do szybkiej nauki. Przydała się, bo umiałem napisać to, co chciałem, lecz pomoc i tak była potrzebna. Komputer okazał się być doskonałym do tego celu narzędziem. Nałożyłem poprawki na swoje wypociny, by tekst był czytelny i zrozumiały. Przeczytałem list do rodziców własnego autorstwa, stwierdzając na końcu, iż wyszło tak jak zamierzałem, więc wszystko jest gotowe, można uciekać. Wziąłem głęboki oddech, obmyślając dokładniej plan ucieczki. Pora była jeszcze wczesna, więc lepiej było poczekać do wieczora. To ustaliłem na wstępie, później dochodząc do wniosku, że resztą będzie spontaniczne działanie.


Oto kolejna część, mam nadzieję, że się spodobała. Bardzo Was proszę o komentarze, abym wiedział czy ma sens to, co robię. Przy okazji to motywuje i to bardzo. Jeśli się zdecydujecie skomentować (na co mocno liczę) to prosiłbym Was o opinię. Chcecie części dłuższe czy takie wystarczają? Nie zmuszajcie mnie, żebym zaczął stosować progi komentarzy, po których pojawi się część... proszę. Do następnej części! /Liam 

wtorek, 2 lutego 2016

Best Friend Ever... cz.1


            Matthew, czyli nasz chłopiec, spędzając kolejne nocne godziny na próbach zaśnięcia, przeżywał jeden z wielu koszmarów, które uwielbiały go nękać o tej porze. Przed oczami miał widok kłócących się rodziców, niereagujące na to w żaden sposób rodzeństwo oraz… kompletnie obojętnego siebie, stojącego w bezpiecznej odległości od wszystkich. Widząc to, chłopiec się przeraził, zwijając się w kłębek. Bał się obojętności, że już zawsze będzie taką osobą. Wiedział, co za tym idzie, co teraz przez to przeżywa. Gdy jednak udało mu się zasnąć, jego sny się zmieniły, nie były już tymi starymi, złymi, nocnymi zmorami. Pierwszy raz od dawien dawna, chłopiec odczuł przyjemność marzenia, wyobrażania sobie tego, co wydaje się nieosiągalne. Odleciał duszą tam, gdzie nie było bólu i cierpienia. Senny obraz zaczął nabierać kształtów, zza przyjemnej mgły wyłoniła się jasna, prosta droga, nieoświetlona przez żadną z latarni na niej stojących. Nie potrzebowała ich, była samowystarczalna. Pusta, lecz idąc nią, nie dało się odczuć samotności. To tak, jakby być samemu, ale czuć, że ktoś jest z nami. Przemierzając ją, chłopiec nie wiedział, dokąd idzie, ta ulica zdawała się nie mieć końca. Kroczył pewnie, nie czując strachu. Szedł do światła, które miało dać mu pełnię szczęścia. Niespodziewanie nastąpił jednak jej koniec. Od tak, w polu widzenia, światłość ustąpiła miejsca ciemności. Upadek był nieunikniony. Dziecko już czuło powiew wiatru, spychający je w dół przepaści. Jedyne, co mogło zrobić, to zamknąć oczy i poddać się sile grawitacji, próbując ogłuszyć wszelkie myśli o konsekwencjach zderzenia się z ziemią. Witając już się z podłożem, chłopiec został uratowany i bezpiecznie postawiony na twardym gruncie. W miejscach, gdzie czuł dotyk, przejechał rękami, obejrzał się za siebie, szukając tego kogoś, tej siły, która go uratowała, lecz bez skutku. Jego serce zaczęło bić wolniej, uspokajało się, mimo szoku, którego doświadczyło przed chwilą. Stał przed kałużą w jednej z dziur na ciemnej ziemi. Spojrzał na swoje odbicie, nie mogąc jednak dostrzec nic, poza mrokiem, spowijającym niebo. Skądś jednak przebijało się światło, ale doskonale się kamuflowało przed wzrokiem chłopca. Gdzie nie popatrzył, było ciemno. Nie odrywał wzroku od lustrzanej powierzchni wody, wyczekując cierpliwie jasnego promyka, który byłby odpowiedzią, gdzie jest jego źródło. Kiedy przetarł oczy ze zmęczenia, po długim czekaniu, obok jego wydawać by się mogło odbicia, ujrzał malutkie, złociste skrzydełka, podobne do tych, które miały rzeźbione aniołki na Ziemi, lecz te były żywsze i piękniejsze. Ich posiadacz pojawił się znikąd, tuż obok zdumionego dziecka. Postać jego była jednak na tyle niewyraźna, że nie było można stwierdzić nic więcej, prócz tego, że był to człowiek, wzrostem równający się z chłopcem. Jednym ruchem odpięła świecące pióra, biorąc je na ręce. Wyciągnęła złożone dłonie, na których skrzydła zaczynały gasnąć i uklękła na chwilę, jakby przed kimś składała pokłon. Duch powstał i obrócił się w stronę małego, sparaliżowanego strachem dziecka, i przypiął je delikatnie do jego pleców, sprawiając, że na złudnym odbiciu chłopca w wodzie, pojawiła się świetlista otoczka wokół jego postaci. Dziecko niedowierzało, próbowało dotykiem uwierzyć w to, co widziały jego oczy. Chciało podziękować, lecz nie umiało wykrztusić z siebie żadnego dźwięku. Nie poddawało się, patrzyło na zjawę, widząc w niej upragnioną nadzieję. Tą, którą niedawno utraciło. Chłopiec spróbował kolejny raz coś powiedzieć, ale nie mógł. Czuł jakby ktoś zabrał mu zdolność mówienia albo, co gorsza, zdolność wydawania jakichkolwiek dźwięków. Widząc, że nie będzie mógł podziękować słowami, postanowił przejść do czynów, skinął głową w geście podziękowania i uśmiechnął się życzliwie, wyrażając w tym swoją radość. Szybko jednak ten uśmiech zniknął z jego twarzy, duch stał nieruchomo, nie dając żadnego znaku, że odebrało podziękowania. Spróbował więc chłopiec oderwać skrzydła, które jemu nie były bardzo potrzebne, lecz one nie chciały opuścić jego nowego właściciela. Niekontrolowanie z oczu chłopczyka wyleciało parę łez, które spadając do kałuży, świeciły z dużą intensywnością, wystarczającą na chwilowe oświetlenie terenu, ale też wystarczająco mocną, aby oślepić dziecko na moment. Mrok ponownie zajął swoje właściwe miejsce, a chłopiec tylko przyglądał się zmorze, analizując każdą jej widoczną część. Wyciągnął drżącą dłoń w stronę miejsca, w którym duch powinien mieć serce. Ręka przeszyła ducha na wylot, strasząc dziecko, które jak najprędzej chciało ją stamtąd zabrać. Chciało, ale nie mogło. Coś w połowie drogi ją zatrzymało, jakby natrafiła na niewidzialny mur. Serce chłopca zaczęło bić szybko i mocno, sprawiając, że w uszach słyszał każde jego uderzenie, ogłuszające wszelkie myśli jakie miał w głowie. Przerażonym wzrokiem błądził po postaci, nie poddając się w próbach wyciągnięcia ręki z wnętrza zjawy. Po chwili udało mu się, lecz w miejscu gdzie ją włożył, pozostała dziura. Nagle skrzydełka zaczęły machać z coraz to większą szybkością, odrywając powoli stopy chłopca od podłoża. Odruchowo chwycił on rękę zmory, mimo że sam nie wierzył, że to robi. Wylecieli z ciemności i powrócili do jasności, na pustą drogę, by dokończyć podróż. Tym razem chłopiec leciał, wlokąc za sobą ducha, który przybierał coraz to dziwniejszą postać. Dolatując do końca ulicy, a przynajmniej wydawać by się mogło, że był to jej koniec, dziecko trzymało już zwykłą dłoń, ale nie było tego świadome. Ciągnęło nie ducha, lecz całkiem zwyczajnego chłopca, podobnego do siebie. Zjawa odzyskała życie, którym podzieliła się z ziemskim dzieckiem. Wiedziała, że wykonała swoje zadanie. Puściła dłoń chłopca i odleciała, nie żegnając się z nim. Była świadoma tego, że jeszcze się spotkają, tym razem na Ziemi, w prawdziwym świecie. Stworzą razem coś niesamowitego, czego nigdy nie doświadczyliby oddzielnie. Ze spokojem odeszła, czekając aż dziecko opuści jej krainę i zacznie dążyć do ich spotkania. Chłopiec dalej leciał na skrzydełkach podarowanych od ducha, nie czując tego, że jego przy nim nie ma. Dlaczego? Malutkie skrzydełka przerodziły się w wielkie skrzydła, które były nagrodą za uratowanie życia stworzeniu, które niby go nie posiada, ale nie w tym wypadku. Doleciał do końca drogi, gdzie była oślepiająca jasność, która przyciągała chłopca mimowolnie. Wzięła jego duszę i sprowadziła z powrotem do rzeczywistości.


Jak Wam się podoba sen Matta? Będzie miał jakieś znaczenie dla niego?Piszcie w komentarzach lub podzielcie sięswoją opinią na Twitterze z #BestFriendEverFf ! /Liam