DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST

Muzyka

środa, 1 marca 2017

"Bloodstream" Cz. 3



"Spacer wspomnień"

               Dziewczyna na chwilę zamarła, po czym odparła.
-Jasne, Harry – i uśmiechnęła się lekko.
Nie wiem, czy odebrała to, jako zaproszenie na randkę, ale miałem taką nadzieję.
-Co jeszcze mi opowiecie? – zapytałem wszystkich – Tak długo się nie widzieliśmy.
-Właściwie, nic nowego – odpowiedział Ed – Poza tym, co już wiesz.
-Chcecie mi powiedzieć, że przez prawie pół roku, nic się nie wydarzyło?
-A co wydarzyło się u Ciebie, Harry, w ciągu tych kilku miesięcy? – zapytał Niall.
-A co miało się wydarzyć? Jestem zamknięty w domu jak w więzieniu i nie mam okazji, do bycia spontanicznym.
Ponownie nastała cisza. Muszę się uspokoić – powiedziałem sobie – za bardzo się unoszę.
-Będziemy się już zbierać – powiedział Ed, wstając z Lottie.
-Dopiero 22, gdzie się spieszycie? – zapytałem.
-Wiesz, Harry, chcemy też spędzić trochę czasu sam na sam.
-Tak się składa, że nie wiem, ale proszę bardzo. Chyba, że wolisz żebym to ja sobie już poszedł.
-O co ci chodzi?
-Dobrze wiem, że wam wszystkim przeszkadzam – założyłem ręce – Oto ten bachor, któremu nic nie wyszło i ma o to pretensje, do każdego, tylko nie do siebie.
-Trafiłeś w sedno – odezwał się Louis.
-Louis, przestań się do mnie tak odnosić, nie podoba mi się to.
-A mnie, nie podoba się, jak traktujesz swoich przyjaciół – powiedział – Naszych przyjaciół – dodał.
Przetarłem twarz, czułem, jak gotuję się w środku, ale udało mi się to w sobie zdusić.
-Przepraszam was, jeśli musicie iść, to bardzo mi przykro, ale mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i zobaczymy się jeszcze niedługo – powiedziałem na jednym wdechu, uśmiechając się sztucznie i wstając, by się z nimi pożegnać.
-Cześć, Harry – uściskałem Eda i Lottie.
-Cześć – posmutniałem – Naprawdę was przepraszam – szepnąłem do nich.
-Nic się nie stało, rozumiemy – powiedziała Lottie.
Siedzieliśmy w ciszy. Zastanawiałem się nad sobą. Dlaczego coraz częściej nie umiałem powstrzymać buzujących we mnie emocji? Dlaczego tak szybko się denerwowałem, z błahych powodów?
-Co chcecie jeszcze robić? – zapytałem.
-A ty, co chcesz robić, Harry? – zapytał Niall.
-Niall, błagam cię, nie rób mi echa, tylko odpowiadaj na pytania.
-Nie wiem, nie mam pomysłu – spojrzał na Louisa, lecz ten, był wpatrzony w telefon.
-Lou – odezwałem się, by zwrócić jego uwagę.
-Ja wymyśliłem pizzę, niech oni też się wykażą – odpowiedział.
-Rose?
-Też nie mam pomysłu – odpowiedziała niepewnie.
Odetchnąłem głośno.
-Więc, to by było na tyle, możemy rozejść się do domów – powiedziałem, wstając z miejsca.
Wszyscy wstali wraz ze mną.
-Tak, odwiozę cię, Niall – zaśmiał się Louis, gdy Niall spojrzał na niego z szerokim, szczerym uśmiechem.

Obudziłem się o siódmej rano, czułem się niewyspany i zmęczony. Nie robiłem wczoraj nic wyczerpującego, ale wciąż, zrobiłem wczoraj więcej, niż przez ostatnich kilka miesięcy. Miałem wielką ochotę wyjść na spacer, lecz nie chciałem wychodzić sam. Pierwszy przez myśl przeszedł mi Niall, jest teraz tak samo smutny jak ja, przez całą sprawę z Edem. Zadzwoniłem do niego, lecz po kilku sygnałach, przyszło mi do głowy, że może jeszcze śpi i mogę go obudzić. Rozłączyłem się i zacząłem pisać smsa, lecz chłopak do mnie oddzwonił.
-Co się dzieje, Harry? – zapytał przerażony.
-Nic, spokojnie Niall, przepraszam, że zawracam ci głowę… - powiedziałem zakłopotany.
-Nie szkodzi, na pewno, wszystko w porządku?
-Tak… Przepraszam, jeśli cię obudziłem, chciałem zaproponować spacer.
-Spacer?
-Tak, spacer… Przechadzkę, wiesz, to wtedy, kiedy się chodzi po otwartej przestrzeni.
-Wiem, ale… Ty chcesz iść ze mną na spacer?
-No tak, chcę pogadać na osobności.
-Dobra, Harry. Kiedy?
-A kiedy będziesz w stanie zwlec tyłek z łóżka?
-Dam z siebie wszystko, ale przewiduję pół godziny – zaśmiał się.
-Dobra, to do zobaczenia za pół godziny, spotkamy się w połowie drogi.
Zjadłem na śniadanie płatki z mlekiem, a do popicia miałem leki. Obiecałem Louisowi, że nie przerwę leczenia, choć ono nic nie daje. Jak za pierwszym razem. Powinienem przestać czuć osamotnienie, przestać mieć wahania nastrojów, przestać czuć się smutny i nie mieć myśli samobójczych. Myśli samobójczych może i nie miałem, ale wątpię, by było to spowodowane lekami. Po prostu nie chciałem się żegnać z tym światem. Chciałem się pożegnać z tymi ścianami, z abstynencją, z lekami. Z byciem skazanym na własną rękę i kolekcję filmów pornograficznych. Można powiedzieć, że chciałem się pożegnać z życiem, ale tylko z tym życiem. Jestem nim po prostu znudzony.
Ubrałem się i ruszyłem w drogę. Spotkałem Nialla niedaleko placu zabaw, na którym pamiętam jak się bawiłem za dzieciaka. Blondyn szedł z papierosem w ustach i w słuchawkach w uszach.
-Czego słuchasz? – zapytałem na przywitanie.
-In Rainbows – odpowiedział chłopak, oboje byliśmy fanami Radiohead – Chcesz? – wyciągnął w moją stronę paczkę papierosów.
-Jasne – odpowiedziałem po chwili zastanowienia.
Louis nie chciał żebym palił, ale nie może podejmować za mnie decyzji. Jeśli będę chciał palić, to będę palić. Niall przysunął do mojego papierosa zapalniczkę i go odpalił. Ponownie poczułem jak dym łaskocze moje gardło, wypełnia płuca i ogarnia całe ciało. Odprężało mnie to, w jakiś pokręcony sposób.
-Teraz rozumiem – powiedziałem, bardziej do siebie niż do Nialla.
-Co rozumiesz? – zapytał chłopak.
-Dlaczego ludzie palą… To odprężające.
-Harry, nie chcę żebyś przeze mnie zaczął palić – powiedział zmartwiony.
-Nie zacznę przez ciebie palić – zapewniłem go, a gdy odetchnął z ulgą, dodałem – zacznę przez siebie.
-Louis urwie mi jaja – bąknął.
-Dopilnuję żeby się nie dowiedział – próbowałem go uspokoić – Ja też miałbym przesrane. Nie rozumiem tylko jednego, dlaczego on może sobie palić, a ja nie..?
-Louis już nie pali – powiedział blondyn.
-Jak to? – zdziwiłem się.
-Przestał pić, palić i brać narkotyki, po… Incydencie.
-Nazywaj rzeczy po imieniu – powiedziałem.
-Po twoim samobójstwie… - mruknął niepewnie.
-Nieudanym, nie zapomnij – zaśmiałem się – A miało być tak pięknie.
-Nawet nie żartuj, nie wiesz, jak on to przeżywał… Jak wszyscy to przeżywaliśmy.
-Jasne – rzuciłem, chcąc zmienić temat, lecz chłopak stanął w miejscu.
-Naprawdę wszyscy się o ciebie martwiliśmy – powiedział poważnie.
-Rozumiem, ale przecież nie było powodu do zmartwień.
-Uważasz, że nie było? Czy ty w ogóle wiesz, co się działo, gdy cię znaleźliśmy?
Usłyszałem cichy głos w mojej głowie…
-Błagam, Harry! Błagam, otwórz oczy! – powtarzał głos – Ściśnij ją, jeśli mnie słyszysz!
-Dlaczego myślisz, że nie wiem? – zapytałem, gdy po chwili głos ucichł.
-Byłeś nieprzytomny, byłeś w śpiączce. A my, próbowaliśmy cię ratować. Louis klęknął przy tobie i podłożył swoje kolana pod twoją głowę, mówił do ciebie. Ed w tym czasie dzwonił po karetkę, a ja próbowałem ustalić, czy warto jeszcze cię ratować.
-Wiem to, przestań – przerwałem mu.
-Nic nie wiesz… Nie wiesz jak się czuliśmy. Wiesz tylko z opowiadań, nie wiesz, co tam się działo.
-Wiem dokładnie, pamiętam to, słyszałem was.
-Dobrze wiesz, że to niemożliwe. Każdy lekarz ci to powie.
-„Niall, przestań udawać kurwa lekarza” – przytoczyłem słowa Louisa z tamtego dnia.
Blondyn patrzył na mnie zdziwiony, z otwartymi ustami.
-Mówiłem, że słyszałem każde słowo – powiedziałem i ponownie ruszyłem.
-Czyli wszystko pamiętasz? – dołączył do mnie.
-Nie wszystko – powiedziałem – w pewnym momencie straciłem kontakt z rzeczywistością. Odzyskałem ją dopiero w szpitalu.
-Jak to jest? – zapytał niespodziewanie chłopak.
-Jak, co jest? – zdziwiłem się.
-Jakie to uczucie, gdy… Gdy się umiera?
-Nie chcesz tego wiedzieć, Niall…
-Inaczej bym nie pytał.
Zaciągnąłem się papierosem i powiedziałem.
-To najprzyjemniejsze uczucie, jakie można sobie wyobrazić. O ile nie umierasz w męczarniach –napełniłem płuca dymem - Ogarnia cię ciepło, przestajesz czuć wstyd, wściekłość, czujesz się jakbyś latał. Przestajesz czuć swoje kończyny, jakbyś ich nie miał – ponownie się zaciągnąłem - Później, przestajesz czuć swoje ciało… Jakbyś był poza nim – zakończyłem, dopalając papierosa do końca i rzucając jego resztkę na trawę.
-A co później?
-A później, jakiś pojebany koleś, wsadza ci palce do gardła, a ty wymiotujesz tabletkami rozpuszczonymi już w alkoholu.
Niall mimowolnie się zaśmiał, choć próbował zamaskować śmiech kaszlem.
-Pamiętam jeszcze jedno… Po tym, jak ogarnęła mnie ciemność, a zanim obudziłem się w szpitalu…
-Co takiego? – zapytał, zafascynowany najwyraźniej Horan.
Próbowałem sobie to przypomnieć, lecz to wspomnienie, wydawało się być zamazane.
-Nie wiem dokładnie… Nie mogę sobie teraz przypomnieć, ale widziałem kogoś…
-Widziałeś kogoś z rodziny, kogo już nie ma na tym świecie? – zapytał, a przez myśl przeszedł mi ojciec…
Lecz to nie był on, to, wiedziałem na pewno… Przetarłem twarz, próbując sobie przypomnieć…
-Nie… To była…
Rose… Widziałem Rose… Rudowłosą okularnicę, o ślicznym uśmiechu… To ją widziałem, przed śmiercią… Która w końcu nie nadeszła, ale jeśli to ona miała być ostatnim, co zobaczę, mogłaby nadejść… Nie miałbym nic przeciwko.
-To była..? – zapytał Niall, bo najwyraźniej się zamyśliłem, nie dokańczając zdania.
-Co? Była? Była, a potem jej nie było, nic nowego – urwałem temat i zapytałem, jak się czuje.
-Dobrze, w miarę – odpowiedział.
-Niall, wiesz, że Ed nie podpisze z tymi szujami kontraktu.
-Wiem, ale wiem też, że przez moją samolubność, on straci szansę na taki dobry kontrakt.
-To nie samolubność – uniosłem się – jesteście zespołem i tak ma być, nie wolno rozbijać duetów, to nieludzkie i głupie, bo razem jesteście zajebiści. Osobno również, ale nie aż tak – dodałem.

Był już wieczór, siedziałem w pokoju, słuchając „A Moon Shaped Pool”, który to album polecił mi Niall, wpatrywałem się w sufit, leżąc na niepościelonym łóżku. To chwile takie jak ta, zapewniały mi spokój ducha, lecz napełniały mnie samotnością. Czułem, że wolałbym te chwilę spędzić z kimś u boku… Trzymając się za ręce, tuląc… Brakowało mi bliskości drugiego ciała. Wtuliłem się w kołdrę i zamknąłem oczy, próbując powstrzymać napływające do nich łzy. Nie wiedziałem, czy były spowodowane smutnym albumem, czy pustką w moim sercu. Dobrze wiedziałem, kogo chciałem do zapełnienia tej pustki. Rose.
Usłyszałem pukanie do drzwi, najwyraźniej przysnąłem. Wstałem, otworzyłem je, a za nimi stała moja mama, mówiąc, że mam gościa. Spojrzałem za nią i zobaczyłem Rose.
-Co ty tu robisz? – zapytałem.
-Przyszłam do ciebie, Harry – odpowiedziała, biegnąc w moją stronę – Tak bardzo za tobą tęskniłam… - rzuciła mi się na szyję, tuląc jak nigdy.
Czułem, że nigdy nie pozwolę jej uwolnić się z moich ramion.
-Ja również za tobą tęskniłem – szepnąłem jej do ucha – tak bardzo cię kocham, Rose!
Jej wilgotne, miękkie usta dotknęły moich. Jej język, ocierał się o mój, co obudziło we mnie podniecenie. Wyglądała tak wspaniale, dotykałem ją, a ona dotykała mnie. Trzymałem ją w swoich dłoniach, próbując nie wykonać gwałtownego ruchu, w strachu, że ją spłoszę.
-Kochaj się ze mną – powiedziała, rzucając się na moje łóżko, podwijając letnią sukienkę i ściągając bieliznę – Teraz.
Rozpiąłem pasek, rozporek, ściągnąłem spodnie, bokserki i wszedłem w nią. Czułem, jak była ciepła i wilgotna. Czułem jej ciepły, szybki oddech na mojej szyi. Czułem jej paznokcie, wbijające się w moje plecy. Czułem… Jak wibruje mój telefon komórkowy.
Otworzyłem oczy i spojrzałem w ekran. To budzik, była już bowiem siódma i za godzinę miałem zacząć zajęcia. Rozejrzałem się po pustym pokoju, spojrzałem na puste łóżko…

----------------------------------------------------------
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA!
/Bart
ZAWIESZAM OPOWIADANIE NA CZAS NIEOKREŚLONY.

środa, 15 lutego 2017

"Bloodstream" Cz. 2



"Spotkanie z przyjaciółmi"

             -Louis… - zacząłem, lecz ściśnięte gardło uniemożliwiło mi dokończenie zdania.
Piekły mnie oczy, pewnie się zaszkliły. Kurwa mać – pomyślałem, przecierając wilgotne oczy. Louis stał w moich drzwiach bez słowa, obserwując, co robię.
-Przepraszam – powiedziałem – To alergia.
-Gówno prawda – powiedział i uściskał mnie mocno.
Wtuliłem się w jego szyję, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy – osamotnienie.
-Wszystko w porządku, Harry – powiedział, gładząc mnie po plecach.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa i miałem nadzieję, że nikt mnie teraz nie zobaczy – znów wybuchłaby panika. Pół roku temu też miałem podobny napad… Miałem taki kilka razy w miesiącu, ale o tamtym dowiedziała się moja matka. Wybuchła mała panika, kazała mi usiąść na łóżku, sama usiadła naprzeciwko mnie, zadzwoniła po karetkę i psychologa. Według niej, to było niezbędne, bo znowu coś bym sobie zrobił. Ja i Kaley wiedzieliśmy, że to nieprawda, że potrzebowałem po prostu bliskości, zrozumienia i wygadania się… Matka tego nie rozumiała, reagowała instynktownie, tak jak pewnie zareagowałaby każda matka. To dlatego Kaley nie chce powiadamiać matki o moich najgorszych stanach, powtarza jej wciąż, że są postępy… Postępy są, ale to nie znaczy, że nie mam skoków nastrojów. W jednej chwili jestem wkurwiony na cały świat, chwilę później płaczę i go przepraszam. Jestem mega szczęśliwy, tak, że mógłbym roznieść całe miasto, chwilę później się od niego izoluję i mam w dupie, co kto o mnie myśli.  Mam stwierdzoną CHAD – chorobę afektywną dwubiegunową z napadami agresji. Innymi słowy, płaczę, gdy się wkurzam i przepraszam, gdy się cieszę. Mama i siostra musiały być gdzieś w mieszkaniu, pewnie są w swoich pokojach, więc martwiłem się, że mnie zobaczą. Zaprowadziłem Louisa do swojego pokoju i włączyłem głośniej muzykę, żeby nikt przypadkowo nie usłyszał jak rozmawiamy.
-Masz może ochotę na kawę, herbatę, risperidon, klomipraminę?
-Nie, dzięki Harry – usiadł na moim łóżku – Opowiadaj, co się dzieje?
-Nie wiem, Louis… Wszystko, jak co dzień… Zacząłem czuć monotonię mojego życia, zatęskniłem za wami. Moje życie jest takie chujowe…
-Przestań, wcale nie.
-Tak i to w dodatku wszystko moja wina…
-Harry, twoje życie nie jest chujowe i pamiętaj, że nie jesteś sam!
-Jestem…
-Nie! Masz mnie, Eda, Nialla, Gemmę, mamę…
-Jestem samotny, nic mnie już nie spotyka.
-Bo na to nie pozwalasz.
-To wy nie pozwalacie mi na zrobienie najmniejszego błędu, ograniczacie mnie, traktujecie jak dziecko.
-Przestań się zachowywać jak dziecko, to nie będziemy cię tak traktować.
-Kiedy zachowuje się jak dziecko?
-Wtedy, gdy próbujesz udowodnić, że niepotrzebnie się o ciebie martwimy.
-Nie martwcie się o mnie, a nie będę wam próbował nic udowodnić…
-Dobrze wiesz, że nie możemy. Jeśli jeszcze raz będziesz w aż tak złym stanie, że będziesz chciał sobie coś zrobić… Nie wiem, co wtedy zrobię… - otarł zaszklone oczy dłońmi i oparł na nich swoją głowę.
-Przepraszam, Louis… Wiem, że to było dla ciebie potworne przeżycie…
-Nie mogę cię znowu stracić, Harry…
Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi.
-Tak? – zapytałem.
-To ja, pan Feather – odezwał się męski głos zza drzwi.
-Przepraszam, ale mam lekcje… Ty z resztą pewnie też… Dziękuję ci, że przyszedłeś.
-Zawsze tu będę, gdy będziesz mnie potrzebować.

Nie mogłem się doczekać spotkania z wszystkimi. Ten tydzień, mijał bardzo powoli, ale w końcu nastał weekend. Mogłem spać do dwunastej i nic nie robić przez cały dzień. Przyjaciele przyszli po mnie o szesnastej, przyjechali dwoma samochodami. Ed, Lottie i Niall jechali w jednym, a Louis, Rose i ja w drugim. Usiadłem z tyłu, obok Rose, która wyglądała dziś pięknie. Mógłbym nawet  powiedzieć, że podniecająco. Byliśmy już w drodze, gdy odezwała się po raz pierwszy od spotkania.
-Jak się czujesz, Harry? – wyczułem w jej głosie troskę, którą próbowała maskować obojętnym tonem.
-Właściwie, dobrze. Chciałbym żeby ktoś w końcu uwierzył w te słowa – po chwili zacząłem mieć wyrzuty sumienia, potraktowałem ją zbyt chłodno – A co u ciebie?
-Dobrze, miło, że pytasz. Martwi mnie, że rzadko się widujemy.
-Wiesz, mam tyle na głowie… - powiedziałem sarkastycznie.
-Ej, Harry – odezwał się Louis – Słyszałeś, co ostatnio robił Ed na matematyce?
-Tak, słyszałem. Mimo iż siedzę całymi dniami w jednym pokoju, zaćpany jakimiś lekami na poprawę humoru, wciąż jestem na bieżąco z nowinkami szkolnymi.
-Ed próbował udowodnić nauczycielce, że dwa dodać dwa, równa się pięć – zignorował moje słowa.
-A on co? Jest fanem Radiohead? – zaśmiałem się - Może zaczęliby grać ich piosenki na koncertach..?
-Właściwie, to mają newsa, co do ich aktywności artystycznej.
-Aktywności artystycznej – powtórzyłem, śmiejąc się – Brzmisz jak reklama. Jaki to mają news?
-Myślę, że woleliby sami ci o tym powiedzieć…

Siedzieliśmy już w pizzerii i czekaliśmy, by złożyć zamówienie, gdy zapytałem Eda i Nialla, co tam u nich.
-Wiesz, jakoś leci – odpowiedział Ed, wymijająco.
-Słyszałem coś ciekawego. Zainteresowałeś się wyższą matematyką, kwestionowałeś ustalone wyniki matematyczne – zaśmiałem się.
-Tak, chciał się wykręcić od błędu na teście – powiedział Niall.
-Popełniłeś błąd w zadaniu „2+2”? – zdziwiłem się.
-Nie – zaśmiał się – Na teście, walnąłem się o jeden numer w jednym z wyników i chciałem, żeby mimo wszystko zaliczyła mi zadanie, na chociaż połowę punktów.
-I co? Udało się?
-Nie… Ale przynajmniej ominęło nas przepytywanie – powiedział Niall, kładąc rękę na jego ramieniu – Cała klasa jest mu wdzięczna.
-Co państwu podać? – to był kelner, najwyraźniej nowy, bo nigdy wcześniej go tu nie widziałem.
-Poprosimy trzy duże pizze i trzy duże butelki coca-coli – zamówił Louis, dziwnie się na niego patrząc.
-I duże piwo – dodałem, a wszystkie spojrzenia były skierowane na mnie.
-Harry, nie wolno ci… - szepnął Niall.
-Dlaczego? Jestem przecież pełnoletni – kelner odszedł z naszym zamówieniem.
-Bierzesz leki…
-Dzisiaj, specjalnie ich nie brałem – przerwałem mu.
-Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała Rose.
-Bo chciałem spędzić z wami dobrze czas, nie będąc rozkojarzony, czy zamulony.
-Harry, nie powinieneś był tego robić – powiedział Ed.
-Nie powinniście traktować mnie jak dziecko.
-Nie traktujemy cię jak dziecko, po prostu nie chcemy, by… To się powtórzyło.
-Chcesz, by znowu do… tego doszło? – zapytał Niall.
-Nazywajcie kurwa rzeczy po imieniu – powiedziałem stanowczo, czułem jak podnosi mi się ciśnienie – Odpowiadając na wasze pytanie, nie, nie chcę się zabić. Chcę po prostu dobrze spędzić czas, z osobami, które nazywam potocznie przyjaciółmi.
-Nie powinieneś przerywać leczenia – powiedział spokojnie Louis.
-A ty, nie powinieneś, razem z wszystkimi układać za mnie, mojego życia. Nie jestem już dzieckiem! – uniosłem się.
-Ale zachowujesz się jak pierdolony, rozwydrzony gówniarz, więc czasem się zamknij i posłuchaj, co mówią ludzie dookoła ciebie, zamiast wyobrażać sobie, że tobą manipulują – był spokojny, nawet na mnie nie patrzył.
Nastała cisza, którą każdy bał się przerwać. Czekaliśmy na nasze zamówienie, a ja, zastanawiałem się, czy kelner przyniesie moje piwo.
-Wypijesz dzisiaj piwo, ale tylko jedno, a jutro, wracasz do leków – oznajmił Louis.
-Dobrze – mruknąłem.
-A niech tylko się dowiem, że znowu przestałeś je brać, to pożałujesz, że mi wtedy pomogłeś – mówił o moim ostrzeżeniu przed wypadkiem samochodowym, które właściwie zapoczątkowało naszą przyjaźń.
A gdyby nie Louis, nie byłoby mnie tu.
-Dobrze – ochłonąłem trochę.
Kelner nie przyniósł mojego piwa, uznał, że oburzenie moich znajomych nie może być przypadkowe i nie powinienem go pić. Nie upomniałem się o nie, starałem się cieszyć czasem spędzanym z przyjaciółmi.

-Jak tam wasza kariera? – zagaiłem rozmowę z Niallem, lecz ten, nie odpowiedział na moje pytanie, patrząc groźnie na Eda – Co się dzieje?
-Niech gwiazda ci odpowie – bąknął blondyn.
Przeniosłem zdziwione spojrzenie na Eda, lecz ten, błądził oczami po suficie.
-Ostatnio, po naszym występie… - zaczął.
-Naszym… - prychnął Niall, przerywając mu.
-Podszedł do nas – rudowłosy go zignorował – mężczyzna pracujący w jednej z wytwórni muzycznych i powiedział, że podoba mu się nasza muzyka, nasz styl…
-Więc, o co chodzi?
-Gdy poszliśmy do studia, by nas przesłuchali w bardziej sprzyjających warunkach, zaproponowali mi kontrakt.
-To świetnie! – ucieszyłem się.
-Nie, Harry… - posmutniał Ed – Tylko mnie, zaproponowali kontrakt…
Ponownie nastała cisza. Bardzo współczułem Niallowi, nie rozumiem, jak ktoś może chcieć rozbić tak wspaniały duet. Niall, był równie dobrym muzykiem jak Ed.
-Niall, przykro mi, straszne z nich szuje… - zwróciłem się do blondyna, który teraz ukrywał czerwoną od zdenerwowania twarz w dłoniach – Są głupi i głusi…
-Nie dlatego jestem zły, Harry – mruknął Niall, wstając od stołu i kierując się na zewnątrz.
-Więc dlaczego? – zapytałem Eda.
-Bo… Jeszcze nie udzieliłem im odpowiedzi…
-Co? – zdenerwowałem się – Ed, jak tak możesz?
-No wiem, ale oferują mi duże pieniądze, możliwość nagrania własnej płyty i prawdziwe koncerty, a nie w kawiarni, za dziesięć funtów.
-Pieniądze, płyta i koncerty nie zastąpią ci kilkuletniej przyjaźni, debilu.
-Przecież się nie zgodziłem…
-Ale się wahasz! Nie powinieneś się wahać, jeśli chodzi o przyjaciela – powiedziałem i ruszyłem za Niallem.
Zastałem go, kucającego przy ścianie restauracji, palącego papierosa.
-Nie wiedziałem, że palisz… - powiedziałem zmieszany.
-A skąd miałeś wiedzieć? Pierwszy raz od ponad roku, spędzamy ze sobą więcej, niż piętnaście minut – bąknął zdenerwowany.
Nie odpowiedziałem, nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem znowu przepraszać? Ile można, tym bardziej, że nic nie zrobiłem?
-Wybacz, Harry… - powiedział po chwili, gdy kucnąłem obok niego – Dopiero zaczynam.
-Chyba lepiej nie zaczynać..?
-Jest mi obojętnie… - powiedział, zaciągając się – Chcesz?
-Nie – odpowiedziałem – Ale daj, nie będziesz palił sam.
Chłopak się zaśmiał i zapytał mnie, dlaczego.
-Bo jak robić coś głupiego, to z przyjaciółmi – i wziąłem papierosa do ust.
Nigdy nie paliłem i byłem z tego dumny, jednak nie było aż tak źle, jak mi się wydawało. Dym, który wciągałem do płuc, przynosił pewnego rodzaju ukojenie. Delikatnie łaskotał w gardło i po wypuszczeniu go z płuc, zostawiał po sobie zimno i spokój.
-Nie dziwię ci się, że jesteś na niego zły – powiedziałem – Nie powinien się wahać.
-Ale on tego nie rozumie. Myśli, że tak długo, jak nie podpisze kontraktu, tak długo nic nie zrobił. Nie chodzi o to, co zrobi, tylko jak to zrobi. On, nawet nie pytał dlaczego, nie zastanawiał się, co ja o tym myślę… Duet zamienił się w solo, na czas podjęcia przez niego decyzji. Nawet, jeśli nie przyjmie tej oferty i tak, zranił mnie…
Usłyszałem otwierające się drzwi, bezwiednie rzuciłem papierosa na ziemię i przydeptałem butem.
-Harry..? – to był Louis – Co wy tu robicie?
-My… - zająkał się Niall, widząc, że schowałem papierosa – Przyszliśmy zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
-Na pewno? – zapytał, zakładając ręce.
-A co mielibyśmy robić, mamo? – zapytałem.
-Widziałem dym, paliliście.
-I kto to mówi?
-Harry, ty nie palisz – powiedział spokojnie – I nie będziesz.
-Nie możesz… - uniosłem się.
-Zamknij się – przerwał mi stanowczo – A z tobą porozmawiam później – wskazał na Nialla palcem – Teraz, do środka.
Wróciliśmy do środka i dokończyliśmy pizzę, nie poruszając już żadnych drażliwych tematów.

-Co jeszcze powiesz? – zwróciłem się do Rose, siadając obok niej.
-Wiesz, same nudy – odpowiedziała, a w jej oczach widziałem odbijające się światło.
-Może… - zawahałem się – Może chciałabyś kiedyś, gdzieś wyjść?
-Oczywiście, że kiedyś chciałabym wyjść, nie przywykłam do zamknięcia – zaśmiałem się, o wiele głośniej, niż zamierzałem.
-Ale wiesz… Ze mną?

----------------------------------------------------------
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA!
/Bart

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Bloodstrem" Cz. 1


"Wahania nastroju"

          Nareszcie poniedziałek się powoli kończy, zaczynałem go mieć naprawdę dość – pomyślałem, łykając lekarstwa i spiesząc do samochodu Louisa. To on zawsze podwozi mnie do psychologa, czuje się za mnie odpowiedzialny. Nie widziałem w tych spotkaniach nic nadzwyczajnego, ot idę tam po to żeby wygadać się osobie, której nie obchodzę. Tak samo mógłbym wygadać się komukolwiek.
-Cześć Lou – przywitałem go z uśmiechem.
-Cześć Harry, jak się czujesz? – zapytał, zabierając z miejsca pasażera jakąś torbę i kładąc ją na tylne siedzenie.
-Dobrze, choć dzisiejszy dzień, działa mi trochę na nerwy.
-A który dzień, nie działa ci na nerwy? – zapytał żartobliwie.
-Sobota, bo mogę się spokojnie wyspać, nie mam zajęć ani wizyt u Kaley Mattson.
-Co ty na to, żebym porwał cię w sobotę na pizzę?
-Jeszcze nie wiem, a co?
-Wszyscy się za tobą stęsknili – podrapał się po karku – Nie odzywasz się do nich, nie widujesz ich…
-Przecież widzieliśmy się ostatnio… - zastanowiłem się - pod koniec semestru.
-Być może, ale semestr kończył się cztery miesiące temu – zaśmiał się nerwowo.
-Widuję się z tobą – stwierdziłem.
-Tak, bo nalegałem, że będę cię podwoził.
-Jak dla mnie, to wystarczy.
-A co z Edem, Niallem..?
-Co z nimi?
-Harry, nie każ mi się powtarzać.
-Zapytam Kaley, jeśli mi pozwoli, to dam się porwać.
Nie miałem ochoty się z nikim widzieć. Od roku, wszyscy traktują mnie jak dziecko, którym już od dawna nie jestem.

-Witaj Harry – przywitała się ze mną psycholog Mattson.
-Witaj Kaley – usiadłem na sofie.
-Czuj się jak u siebie w domu – wskazując żebym się położył.
To stara sztuczka psychologów, chcą nas rozluźnić, pozwalając nam się położyć wygodnie w ich obecności. Chcą takim sposobem wyciągnąć od nas to, czego normalnie byśmy nie powiedzieli.
-Czyli mam się czuć jak w więzieniu?
-Znowu czujesz się tam jak w więzieniu?
-To jest więzienie, Kaley. Mam ustalony plan dnia, jestem kontrolowany i siedzę ciągle w jednym pomieszczeniu.
-Ale czy ktoś zabrania ci wychodzić?
-Właściwie nie… Ale gdy wychodzę, wszyscy obchodzą się ze mną jak z jajkiem.
-Myślisz, że nie mają powodów?
-Ja wiem, że ich nie mają.
-Spotykasz się z przyjaciółmi?
-Tak.
-I co ostatnio robiliście?
-Robiliśmy zawody, kto pierwszy straci przytomność podczas walenia z przyduszaniem.
-Harry, mieliśmy umowę.
-Wiem…
-Masz być ze mną szczery i nie robić sobie żartów, w zamian za to, nie będę martwić twojej matki, żadnym atakiem depresji.
-Tak, tak…
-Więc..? Zamierzasz zmienić swoje odpowiedzi?
-Nie widuję się z nikim poza Louisem.
-Dlaczego?
-Nie chcę, po prostu.
-Czy cię jakoś urazili?
-Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Chodzi właściwie o dokładne przeciwieństwo, tak jak już mówiłem, traktują mnie jak niemowle.
-To twoi przyjaciele, Harry. Martwią się o ciebie, czy ty nie martwiłeś się tak samo, gdy chodziło o Louisa?
-Nie przypominam sobie, żebym ci to opowiadał – zdziwiłem się.
-Rozmawiałam z Louisem, miałam z nim kilka sesji, próbując cię poznać.
-I co? Fajnie się mnie obgaduje za plecami? – wkurzyłem się – Lubicie mnie oczerniać, nie? Bo ze mnie się tak łatwo kurwa żartuje, jestem takim frajerem!
-Harry, uspokój się.
-Nie będę się uspokajał, do kurwy. Nie życzę sobie żebyś grzebała nie tam, gdzie trzeba. Zostaw Louisa w spokoju.
-To on do mnie przyszedł – oznajmiła spokojnie – Chciał wiedzieć, jak się czujesz, bo najwyraźniej nie opowiadasz mu zbytnio o tym, co u ciebie.
-A kiedy mam kurwa opowiadać? W drodze do ciebie, podczas zajęć w domu, czy…
-Może w weekendy? Co takiego robisz w weekendy, że nie możesz się z nimi spotkać?
-Coś ważnego, okej?
-Harry, Louis napisał do mnie smsa z prośbą, czy pozwolę ci wyjść  z nimi w weekend.
-Naprawdę? Niesamowite.
-Dlaczego uważa, że potrzebna jest moja zgoda?
-Powiedziałem mu, że jak się nie zgodzisz, to nie będę mógł z nimi wyjść.
-Dlaczego tak powiedziałeś?
-A dlaczego wciąż zadajesz to pytanie? Odpowiadałem na nie, już ze trzy razy.
-Im bardziej będziesz ograniczał spotkania towarzyskie i izolował się od wszystkich, tym bardziej będzie się pogarszał twój stan.
-Więc, co? Mam iść i się upić?
-Możesz iść bez upijania się, twoi przyjaciele na pewno to zrozumieją.
-Nie chcę iść Kaley, nie chcę.
-Potraktuj to, jak nową terapię.
-Nienawidzę cię.
-Tak długo jak mi płacisz i przychodzisz na wizyty, tak długo nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz – zaśmiała się.
Po kilkunastu minutach rozmowy o moim ostatnim ataku agresji i utracie wagi, weszliśmy na trochę przyjemniejszy temat.
-A co u Rose? Długo o niej nie wspominasz.
-Nie wiem… Ostatnio widziałem ją jakieś cztery miesiące temu, dobrze nam się rozmawiało.
-Może mógłbyś odnowić z nią kontakty?
-Po co? Na pewno ma lepsze rzeczy do roboty, niż spędzanie ze mną czasu.
-Może tylko tobie się tak wydaje.
-A może nie..?
-Ja bym jednak spróbowała.
-Tak jest, pani doktor, tak zrobię, pani doktor.
-Często masz taki humor?
-Nie mam humoru, po prostu mnie wkurzasz. Starasz się zawładnąć nad moim życiem i zrobić sobie z niego jakieś przedstawienie.
-Denerwuje cię moja próba wskrzeszenia twojego życia towarzyskiego?
-Bardzo.
-Dobrze, więc powiedz mi, jak chcesz spędzić ten tydzień.
-Mogę zaplanować sobie cały tydzień?
-Hipotetycznie, tak, ale nie wdrążymy twoich planów do twojego harmonogramu.
-To, po co mam cokolwiek planować, skoro wszystko zaplanowałyście już za mnie?
-Chcę poznać twoje sugestie, rozpatrzę je i być może, podkreślam, być może niektóre wdrążymy.
-Poniedziałek mógłby zaczynać się trochę później, może około dwunastej. Wykreśliłbym zajęcia z całego dnia i zastąpiłbym je słuchaniem muzyki w ciszy leżąc w łóżku. Zero leków, kawa, może pizza, piwko… Wszystko w samotności, w tle Massive Attack. Położyć się spać o trzeciej w nocy. Skopiuj to i wklej na każdy dzień tygodnia.
-Podałeś najbardziej niemożliwy scenariusz, wiesz o tym?
-Nie, mogłem jeszcze dodać seks z supermodelką. Wtedy scenariusz byłby niemożliwy do wykonania.

-Jesteś zły? – zapytał Louis, gdy nie przywitałem się z nim, gdy odbierał mnie ze spotkania z Mattson.
-Mam powód – bąknąłem.
-Jakiż to powód, Harry?
-Rozmawiacie za moimi plecami, smsujecie ze sobą…
-Harry, wiesz, że to nie tak.
-Wkurwia mnie to, że staracie się zapanować nad moim spierdolonym życiem! – uniosłem się.
-Nikt nie stara się zapanować nad twoim życiem, chcemy ci je po prostu uprościć.
-Ale nie da się go uprościć, Lou.
-Chcemy zabrać ci niepotrzebne z barków. To wszystko dla twojego dobra.
-Wiem, ale… - złapał mnie, nie miałem argumentów.
-Rozumiem, że może ci to nie odpowiadać, ale jak na razie, to najlepsza opcja.
-Dobrze, przepraszam Lou…
-Nie masz, za co przepraszać, Harry.
Louis zawsze umiał mnie uspokoić.

Następnego dnia, wstałem kompletnie niewyspany. To był już taki czas w roku, że noce były cieplejsze niż dni, więc miałem problemy z zaśnięciem, ułożeniem się w wygodnej pozycji, a gdy już usnąłem, to rano wstawałem zlany potem. Byłem umiarkowanie zirytowany, moim spoconym ciałem i poszedłem się wykąpać. Dzisiejsze zajęcia, zaczynały się trochę później niż wczorajsze, więc mogłem dłużej nic nie robić. Wstawałem codziennie o tej samej godzinie, takie miałem zalecenia od Kaley. Miało to harmonizować moje życie i sprawiać, że będzie bardziej pewne i za razem, bardziej się do niego przywiążę. Lecz działało to na mnie zupełnie odwrotnie, a sam chciałem przywiązać się sznurem, za szyję do żyrandola. Nie zrozumcie mnie źle, nie chciałem już umrzeć – po prostu miałem czasem takie myśli. To wszystko było spowodowane nudą, przez to, że każdy tydzień, każdy dzień, wyglądał tak samo, nic mnie nie zaskakiwało, więc nie było interesujące. Pewność w życiu jest przereklamowana. W życiu jest piękne to, że nie wiemy jak się potoczy. Kogo spotkamy w drodze do pracy, czy szkoły, co spotka nas w sklepie, co wypity przez nas alkohol z nami zrobi, kto nas przeleci i jak to wpłynie na nasze relacje… Życie jest piękne, bo nic w nim nie jest pewne, zawsze coś może się spierdolić, więc staramy się doceniać każdą jego chwilę. Czasem można o tym zapomnieć w natłoku niepowodzeń, obelg, smutków… Ja kiedyś zapomniałem… I teraz mam za swoje. Nic mnie już nie zaskoczy, nawet nie spierdolę sobie śniadania, bo staram się codziennie jeść takie samo i mógłbym przyrządzić dobrą jajecznicę nawet z zamkniętymi oczami – tak, próbowałem. Ledwo trafiłem na talerz, gdy ją nakładałem, ale wciąż trafiłem. Nawet nie wiecie, jak się zawiodłem, gdy okazało się, że jest dokładnie taka sama w smaku, jak codziennie. Miałem wszystko rozplanowane z dokładnością do pięciu minut, w razie, gdybym musiał na dłużej iść do kibla, więc nie mogłem być zbytnio spontaniczny. Jedyny prawdziwy wolny czas, jaki mam, poza weekendem, to tych kilka minut z kawą i muzyką w pokoju przy biurku, które tak bardzo kocham. Czuję, że nabieram tam energii na cały dzień.
Jedząc swoją zwyczajną, codzienną jajecznicę, zacząłem czuć smutek ogarniający mnie od stóp, do głowy. Moje życie jest takie smutne… - myślałem – Nie mam nikogo z kim mógłbym szczerze porozmawiać, bo każdy na wszystko reaguje „to znowu atak agresji”, „wziąłeś leki?”, albo „nie rób sobie krzywdy”. Te komentarze naprawdę sprawiają, że mam ochotę sobie coś zrobić. Jestem człowiekiem, wciąż mam uczucia i potrzeby normalnego człowieka – powtarzałem sobie. Przecież nikt nie trzyma cię w domu, Kaley ma rację, możesz wyjść, kiedy chcesz i spotykać ludzi – szepnął jakiś cichy głos z tyłu mojej głowy. Poczułem chęć przytulenia się do kogoś, lecz gdyby matka czy siostra dowiedziały się, że znów mnie bierze na smutki, zagwarantowałyby mi tylko większe dawki „rozweselaczy”, albo więcej wizyt z Kaley, którą naprawdę lubiłem, ale na odległość – nie znosiłem jej psychologicznych gierek na moim biednym umyśle i potarganych emocjach. Pomyślałem o Rose, lecz tę myśl szybko rozwiało przypomnienie w telefonie.
„Wziąć leki”
Ruszyłem więc do lodówki w poszukiwaniu ampułek z lekiem, który musiałem dodać do pół szklanki wody i wypić. Nowoczesna medycyna zawsze będzie mnie zastanawiać. Niegdyś zastanawiałem się, jak zmieścili całe lekarstwo w małej tabletce, teraz zastanawiam się, jakim cudem jakaś woda z gównianej szklanej ampułki (pięć ampułek za dziesięć funtów), może wyleczyć moją psychikę? Czy ten lek jest magiczny i zamiast do żołądka, trafia do mojego mózgu i zniszczonej psychiki? A może, razem jak ta zwykła, nie magiczna woda, trafia do nerek? Czy ja przypadkiem nie wylewam z siebie tego wspaniałego leku, co rano, z porannym moczem? Tracimy tyle pieniędzy na to, że mam poczucie, że się leczę… Genialne – poczułem jeszcze większy smutek, myśląc o matce i siostrze, które tak mocno harują żebym miał się czym leczyć. Potrzebuję, żeby ktoś mnie teraz przytulił, powiedział, że jest dobrze, będzie lepiej, że jest przy mnie – pomyślałem o Louisie, on zawsze potrafił do mnie przemówić. Chwyciłem za komórkę i napisałem, że chciałbym się z nim teraz zobaczyć. To jakiś postęp, ostatnimi czasy naprawdę unikałem Louisa, Nialla, Eda, Rose, Lottie… Odciąłem się od nich z nadzieją, że będzie im beze mnie lepiej. Teraz mam nadzieję, że nigdy mnie nie zostawią – te myśli tylko bardziej mnie smuciły. Usłyszałem pukanie do drzwi, otworzyłem je i zobaczyłem Louisa.
-Co jest, Harry? – zapytał z lekkim uśmiechem.
Zawsze mogłem na niego liczyć.

----------------------------------------------------------
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA!
Jak wam się podoba?/Bart

czwartek, 12 stycznia 2017

"Bloodstream" Prolog + Spis treści


"Prolog"

    Jasne światło bijące po moich zamkniętych oczach, oraz wkurzający śpiew ptaków, były jednymi z wielu powodów mojej pobudki. Od samego początku czułem się zmęczony tym dniem i chciałem by się skończył. Zamknąłem gwałtownie okno i ubrałem koszulkę – za kilkanaście minut miałem mieć pierwsze zajęcia w tym tygodniu. To była już ostatnia klasa, kto by pomyślał? Pierwsza klasa minęła tak szybko, druga jak krew z nosa i teraz, w końcu trzecia. Wystarczy, że napiszę dobrze testy końcowe i mogę w spokoju szukać pracy w fastfoodzie – powtarzałem sobie - O ile oczywiście pozwoli mi na to psycholog, która wciąż powtarza żebym mierzył wyżej. Ale przecież, jeśli nie oczekujemy niczego od siebie, ani od życia, to pewnym jest, że się nie zawiedziemy. Wolałem to, niż mieć nadzieję, że kiedyś będzie lepiej i zostać brutalnie sprowadzony na ziemię, przez okrutną rzeczywistość. I dlatego odczuwałem wtedy złość – moje życie, jak i podejmowane decyzje, zależały od kobiety, która brała pieniądze za słuchanie o moim życiu. Przez nią, musiałem teraz brać jeszcze więcej leków, w dodatku w postaci wodnych roztworów i będąc pod stałą kontrolą, ze względu na pewien incydent sprzed roku… Czułem jak podnosi mi się ciśnienie, a dzień się dopiero przecież zaczynał. Wskoczyłem pod prysznic i później zszedłem na dół, zrobić sobie kawę. Nie wolno mi pić alkoholu, zalecenia psychologa – a miałem teraz taką kurewską ochotę na piwo. Zalałem kawę wrzątkiem i wróciłem do swojego pokoju. Nie spotkałem dzisiaj jeszcze nikogo, może nie będzie to taki najgorszy dzień – pomyślałem i usiałem przy biurku, włączając zarazem ulubioną płytę Glasvegas. Lubiłem usiąść przy biurku z kawą i siedzieć, nic nie robiąc… Po prostu wyłączyć się słuchając dobrej muzyki i pijąc aromatyczną kawę. Za dokładnie pięć minut miała nadjechać pani Minority, by przerobić ze mną kolejny temat z historii, ale ja nie byłem gotowy. Byłem przygotowany do zajęć, ale nie czułem się przygotowany do czyichkolwiek odwiedzin, czy do rozmowy. Chciałem, by moja chwila z płytą i kawą, trwała trochę dłużej – tak z kilka lat. Usłyszałem jej auto na podjeździe, później pukanie do drzwi, głos mojej mamy i w końcu pukanie do moich drzwi.
-Tu pani Minority - jej głos był spokojny – Przyszłam z lekcją.
-Już pani otwieram, chwilkę… - nie byłem gotowy.
Podniosłem tyłek z krzesła i otworzyłem jej drzwi do pokoju, ta od razu usiadła przy biurku i wyciągnęła małą tablicę, którą kupili mi ponad rok temu, specjalnie na zajęcia nauczania domowego. Psycholog odradziła mi chodzenie do szkoły, podobno źle to na mnie wpływało, mimo iż moi najwięksi wrogowie zostali z niej wydaleni i cudem uniknęli większej kary. Ledwo pamiętam spotkanie w tej sprawie… Rodzice wszystkich zamieszanych, oraz sami zainteresowani, siedzieliśmy w jednej sali, było duszno. Każdy piorunował każdego wzrokiem, a ja, chciałem zapaść się pod ziemię. Pamiętam, że było mi niedobrze, bolała mnie głowa i chciałem jak najszybciej wrócić do łóżka… Nie mogłem znieść widoku Zayna, Liama czy Lily… Ich też prawie już nie pamiętam, mój umysł wymazał ich, jak jakieś nieznaczące, nieznane mi osoby mijające na ulicy, a zamiast nich, tkwiło w mojej głowie ich wyobrażenie, jako mroczne cienie, próbujące mnie osaczyć i pochłonąć.
-Uważasz? – zapytała pani Minority, gdy zamyśliłem się i nie odpowiedziałem na jej pytanie.
-Przepraszam, o co pani pytała?
-Jesteś ostatnio bardzo zdekoncentrowany, chcesz o tym porozmawiać? – zmartwiła się.
-Od rozmawiania mam psychologa, pani jest od uczenia historii, więc może to na niej się skupmy – warknąłem.


SPIS TREŚCI:
Prolog
Część 1
Część 2
Część 3
Część 4
Część 5
Część 6
Część 7



----------------------------------------------------------
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA!

Witam was po długiej przerwie, prologiem kontynuacji "Grade 8"! Przykro mi, ale "Bloodstream" jest jeszcze niedokończone, więc nie wiem jak często będę publikował części. Mam jednak nadzieję, że historia wam się spodoba. / Bart