DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST DOWOLNY TEKST

Muzyka

środa, 15 lutego 2017

"Bloodstream" Cz. 2



"Spotkanie z przyjaciółmi"

             -Louis… - zacząłem, lecz ściśnięte gardło uniemożliwiło mi dokończenie zdania.
Piekły mnie oczy, pewnie się zaszkliły. Kurwa mać – pomyślałem, przecierając wilgotne oczy. Louis stał w moich drzwiach bez słowa, obserwując, co robię.
-Przepraszam – powiedziałem – To alergia.
-Gówno prawda – powiedział i uściskał mnie mocno.
Wtuliłem się w jego szyję, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy – osamotnienie.
-Wszystko w porządku, Harry – powiedział, gładząc mnie po plecach.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa i miałem nadzieję, że nikt mnie teraz nie zobaczy – znów wybuchłaby panika. Pół roku temu też miałem podobny napad… Miałem taki kilka razy w miesiącu, ale o tamtym dowiedziała się moja matka. Wybuchła mała panika, kazała mi usiąść na łóżku, sama usiadła naprzeciwko mnie, zadzwoniła po karetkę i psychologa. Według niej, to było niezbędne, bo znowu coś bym sobie zrobił. Ja i Kaley wiedzieliśmy, że to nieprawda, że potrzebowałem po prostu bliskości, zrozumienia i wygadania się… Matka tego nie rozumiała, reagowała instynktownie, tak jak pewnie zareagowałaby każda matka. To dlatego Kaley nie chce powiadamiać matki o moich najgorszych stanach, powtarza jej wciąż, że są postępy… Postępy są, ale to nie znaczy, że nie mam skoków nastrojów. W jednej chwili jestem wkurwiony na cały świat, chwilę później płaczę i go przepraszam. Jestem mega szczęśliwy, tak, że mógłbym roznieść całe miasto, chwilę później się od niego izoluję i mam w dupie, co kto o mnie myśli.  Mam stwierdzoną CHAD – chorobę afektywną dwubiegunową z napadami agresji. Innymi słowy, płaczę, gdy się wkurzam i przepraszam, gdy się cieszę. Mama i siostra musiały być gdzieś w mieszkaniu, pewnie są w swoich pokojach, więc martwiłem się, że mnie zobaczą. Zaprowadziłem Louisa do swojego pokoju i włączyłem głośniej muzykę, żeby nikt przypadkowo nie usłyszał jak rozmawiamy.
-Masz może ochotę na kawę, herbatę, risperidon, klomipraminę?
-Nie, dzięki Harry – usiadł na moim łóżku – Opowiadaj, co się dzieje?
-Nie wiem, Louis… Wszystko, jak co dzień… Zacząłem czuć monotonię mojego życia, zatęskniłem za wami. Moje życie jest takie chujowe…
-Przestań, wcale nie.
-Tak i to w dodatku wszystko moja wina…
-Harry, twoje życie nie jest chujowe i pamiętaj, że nie jesteś sam!
-Jestem…
-Nie! Masz mnie, Eda, Nialla, Gemmę, mamę…
-Jestem samotny, nic mnie już nie spotyka.
-Bo na to nie pozwalasz.
-To wy nie pozwalacie mi na zrobienie najmniejszego błędu, ograniczacie mnie, traktujecie jak dziecko.
-Przestań się zachowywać jak dziecko, to nie będziemy cię tak traktować.
-Kiedy zachowuje się jak dziecko?
-Wtedy, gdy próbujesz udowodnić, że niepotrzebnie się o ciebie martwimy.
-Nie martwcie się o mnie, a nie będę wam próbował nic udowodnić…
-Dobrze wiesz, że nie możemy. Jeśli jeszcze raz będziesz w aż tak złym stanie, że będziesz chciał sobie coś zrobić… Nie wiem, co wtedy zrobię… - otarł zaszklone oczy dłońmi i oparł na nich swoją głowę.
-Przepraszam, Louis… Wiem, że to było dla ciebie potworne przeżycie…
-Nie mogę cię znowu stracić, Harry…
Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi.
-Tak? – zapytałem.
-To ja, pan Feather – odezwał się męski głos zza drzwi.
-Przepraszam, ale mam lekcje… Ty z resztą pewnie też… Dziękuję ci, że przyszedłeś.
-Zawsze tu będę, gdy będziesz mnie potrzebować.

Nie mogłem się doczekać spotkania z wszystkimi. Ten tydzień, mijał bardzo powoli, ale w końcu nastał weekend. Mogłem spać do dwunastej i nic nie robić przez cały dzień. Przyjaciele przyszli po mnie o szesnastej, przyjechali dwoma samochodami. Ed, Lottie i Niall jechali w jednym, a Louis, Rose i ja w drugim. Usiadłem z tyłu, obok Rose, która wyglądała dziś pięknie. Mógłbym nawet  powiedzieć, że podniecająco. Byliśmy już w drodze, gdy odezwała się po raz pierwszy od spotkania.
-Jak się czujesz, Harry? – wyczułem w jej głosie troskę, którą próbowała maskować obojętnym tonem.
-Właściwie, dobrze. Chciałbym żeby ktoś w końcu uwierzył w te słowa – po chwili zacząłem mieć wyrzuty sumienia, potraktowałem ją zbyt chłodno – A co u ciebie?
-Dobrze, miło, że pytasz. Martwi mnie, że rzadko się widujemy.
-Wiesz, mam tyle na głowie… - powiedziałem sarkastycznie.
-Ej, Harry – odezwał się Louis – Słyszałeś, co ostatnio robił Ed na matematyce?
-Tak, słyszałem. Mimo iż siedzę całymi dniami w jednym pokoju, zaćpany jakimiś lekami na poprawę humoru, wciąż jestem na bieżąco z nowinkami szkolnymi.
-Ed próbował udowodnić nauczycielce, że dwa dodać dwa, równa się pięć – zignorował moje słowa.
-A on co? Jest fanem Radiohead? – zaśmiałem się - Może zaczęliby grać ich piosenki na koncertach..?
-Właściwie, to mają newsa, co do ich aktywności artystycznej.
-Aktywności artystycznej – powtórzyłem, śmiejąc się – Brzmisz jak reklama. Jaki to mają news?
-Myślę, że woleliby sami ci o tym powiedzieć…

Siedzieliśmy już w pizzerii i czekaliśmy, by złożyć zamówienie, gdy zapytałem Eda i Nialla, co tam u nich.
-Wiesz, jakoś leci – odpowiedział Ed, wymijająco.
-Słyszałem coś ciekawego. Zainteresowałeś się wyższą matematyką, kwestionowałeś ustalone wyniki matematyczne – zaśmiałem się.
-Tak, chciał się wykręcić od błędu na teście – powiedział Niall.
-Popełniłeś błąd w zadaniu „2+2”? – zdziwiłem się.
-Nie – zaśmiał się – Na teście, walnąłem się o jeden numer w jednym z wyników i chciałem, żeby mimo wszystko zaliczyła mi zadanie, na chociaż połowę punktów.
-I co? Udało się?
-Nie… Ale przynajmniej ominęło nas przepytywanie – powiedział Niall, kładąc rękę na jego ramieniu – Cała klasa jest mu wdzięczna.
-Co państwu podać? – to był kelner, najwyraźniej nowy, bo nigdy wcześniej go tu nie widziałem.
-Poprosimy trzy duże pizze i trzy duże butelki coca-coli – zamówił Louis, dziwnie się na niego patrząc.
-I duże piwo – dodałem, a wszystkie spojrzenia były skierowane na mnie.
-Harry, nie wolno ci… - szepnął Niall.
-Dlaczego? Jestem przecież pełnoletni – kelner odszedł z naszym zamówieniem.
-Bierzesz leki…
-Dzisiaj, specjalnie ich nie brałem – przerwałem mu.
-Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała Rose.
-Bo chciałem spędzić z wami dobrze czas, nie będąc rozkojarzony, czy zamulony.
-Harry, nie powinieneś był tego robić – powiedział Ed.
-Nie powinniście traktować mnie jak dziecko.
-Nie traktujemy cię jak dziecko, po prostu nie chcemy, by… To się powtórzyło.
-Chcesz, by znowu do… tego doszło? – zapytał Niall.
-Nazywajcie kurwa rzeczy po imieniu – powiedziałem stanowczo, czułem jak podnosi mi się ciśnienie – Odpowiadając na wasze pytanie, nie, nie chcę się zabić. Chcę po prostu dobrze spędzić czas, z osobami, które nazywam potocznie przyjaciółmi.
-Nie powinieneś przerywać leczenia – powiedział spokojnie Louis.
-A ty, nie powinieneś, razem z wszystkimi układać za mnie, mojego życia. Nie jestem już dzieckiem! – uniosłem się.
-Ale zachowujesz się jak pierdolony, rozwydrzony gówniarz, więc czasem się zamknij i posłuchaj, co mówią ludzie dookoła ciebie, zamiast wyobrażać sobie, że tobą manipulują – był spokojny, nawet na mnie nie patrzył.
Nastała cisza, którą każdy bał się przerwać. Czekaliśmy na nasze zamówienie, a ja, zastanawiałem się, czy kelner przyniesie moje piwo.
-Wypijesz dzisiaj piwo, ale tylko jedno, a jutro, wracasz do leków – oznajmił Louis.
-Dobrze – mruknąłem.
-A niech tylko się dowiem, że znowu przestałeś je brać, to pożałujesz, że mi wtedy pomogłeś – mówił o moim ostrzeżeniu przed wypadkiem samochodowym, które właściwie zapoczątkowało naszą przyjaźń.
A gdyby nie Louis, nie byłoby mnie tu.
-Dobrze – ochłonąłem trochę.
Kelner nie przyniósł mojego piwa, uznał, że oburzenie moich znajomych nie może być przypadkowe i nie powinienem go pić. Nie upomniałem się o nie, starałem się cieszyć czasem spędzanym z przyjaciółmi.

-Jak tam wasza kariera? – zagaiłem rozmowę z Niallem, lecz ten, nie odpowiedział na moje pytanie, patrząc groźnie na Eda – Co się dzieje?
-Niech gwiazda ci odpowie – bąknął blondyn.
Przeniosłem zdziwione spojrzenie na Eda, lecz ten, błądził oczami po suficie.
-Ostatnio, po naszym występie… - zaczął.
-Naszym… - prychnął Niall, przerywając mu.
-Podszedł do nas – rudowłosy go zignorował – mężczyzna pracujący w jednej z wytwórni muzycznych i powiedział, że podoba mu się nasza muzyka, nasz styl…
-Więc, o co chodzi?
-Gdy poszliśmy do studia, by nas przesłuchali w bardziej sprzyjających warunkach, zaproponowali mi kontrakt.
-To świetnie! – ucieszyłem się.
-Nie, Harry… - posmutniał Ed – Tylko mnie, zaproponowali kontrakt…
Ponownie nastała cisza. Bardzo współczułem Niallowi, nie rozumiem, jak ktoś może chcieć rozbić tak wspaniały duet. Niall, był równie dobrym muzykiem jak Ed.
-Niall, przykro mi, straszne z nich szuje… - zwróciłem się do blondyna, który teraz ukrywał czerwoną od zdenerwowania twarz w dłoniach – Są głupi i głusi…
-Nie dlatego jestem zły, Harry – mruknął Niall, wstając od stołu i kierując się na zewnątrz.
-Więc dlaczego? – zapytałem Eda.
-Bo… Jeszcze nie udzieliłem im odpowiedzi…
-Co? – zdenerwowałem się – Ed, jak tak możesz?
-No wiem, ale oferują mi duże pieniądze, możliwość nagrania własnej płyty i prawdziwe koncerty, a nie w kawiarni, za dziesięć funtów.
-Pieniądze, płyta i koncerty nie zastąpią ci kilkuletniej przyjaźni, debilu.
-Przecież się nie zgodziłem…
-Ale się wahasz! Nie powinieneś się wahać, jeśli chodzi o przyjaciela – powiedziałem i ruszyłem za Niallem.
Zastałem go, kucającego przy ścianie restauracji, palącego papierosa.
-Nie wiedziałem, że palisz… - powiedziałem zmieszany.
-A skąd miałeś wiedzieć? Pierwszy raz od ponad roku, spędzamy ze sobą więcej, niż piętnaście minut – bąknął zdenerwowany.
Nie odpowiedziałem, nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem znowu przepraszać? Ile można, tym bardziej, że nic nie zrobiłem?
-Wybacz, Harry… - powiedział po chwili, gdy kucnąłem obok niego – Dopiero zaczynam.
-Chyba lepiej nie zaczynać..?
-Jest mi obojętnie… - powiedział, zaciągając się – Chcesz?
-Nie – odpowiedziałem – Ale daj, nie będziesz palił sam.
Chłopak się zaśmiał i zapytał mnie, dlaczego.
-Bo jak robić coś głupiego, to z przyjaciółmi – i wziąłem papierosa do ust.
Nigdy nie paliłem i byłem z tego dumny, jednak nie było aż tak źle, jak mi się wydawało. Dym, który wciągałem do płuc, przynosił pewnego rodzaju ukojenie. Delikatnie łaskotał w gardło i po wypuszczeniu go z płuc, zostawiał po sobie zimno i spokój.
-Nie dziwię ci się, że jesteś na niego zły – powiedziałem – Nie powinien się wahać.
-Ale on tego nie rozumie. Myśli, że tak długo, jak nie podpisze kontraktu, tak długo nic nie zrobił. Nie chodzi o to, co zrobi, tylko jak to zrobi. On, nawet nie pytał dlaczego, nie zastanawiał się, co ja o tym myślę… Duet zamienił się w solo, na czas podjęcia przez niego decyzji. Nawet, jeśli nie przyjmie tej oferty i tak, zranił mnie…
Usłyszałem otwierające się drzwi, bezwiednie rzuciłem papierosa na ziemię i przydeptałem butem.
-Harry..? – to był Louis – Co wy tu robicie?
-My… - zająkał się Niall, widząc, że schowałem papierosa – Przyszliśmy zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
-Na pewno? – zapytał, zakładając ręce.
-A co mielibyśmy robić, mamo? – zapytałem.
-Widziałem dym, paliliście.
-I kto to mówi?
-Harry, ty nie palisz – powiedział spokojnie – I nie będziesz.
-Nie możesz… - uniosłem się.
-Zamknij się – przerwał mi stanowczo – A z tobą porozmawiam później – wskazał na Nialla palcem – Teraz, do środka.
Wróciliśmy do środka i dokończyliśmy pizzę, nie poruszając już żadnych drażliwych tematów.

-Co jeszcze powiesz? – zwróciłem się do Rose, siadając obok niej.
-Wiesz, same nudy – odpowiedziała, a w jej oczach widziałem odbijające się światło.
-Może… - zawahałem się – Może chciałabyś kiedyś, gdzieś wyjść?
-Oczywiście, że kiedyś chciałabym wyjść, nie przywykłam do zamknięcia – zaśmiałem się, o wiele głośniej, niż zamierzałem.
-Ale wiesz… Ze mną?

----------------------------------------------------------
ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA!
/Bart

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz